Chapters
The best
Opinion
Author
Clubs
Book
Lay


"Nic się przecież nie stało"
środa, 23 lipica 2008 16:56:29

Przepraszam, z całego serca przepraszam wszystkich za tą okropnie długą przerwę. Tyle się działo w moim życiu, nie mogłam myśleć o Lily, najzwyczajniej w świecie nie miałam dla niej czasu. Ale teraz powracam z częścią ósmą i mam nadzieję, że się nie zawiedziecie. Dla Zła. Dziękuję Ci za wszystko. Wiesz, że Cię kocham, już zawsze. Meee!

Śnieg sypał się powoli z nieba, ściekając po śliskiej skórzanej kurtce. Ratuszowy zegar przygotowywał się do wybicia północy a tłumy ludzi gromadziły się przed kościołem w oczekiwaniu na pasterkę. James wsłuchiwał się we własne kroki, chlupoczące nieznacznie grudniowym błotem. Czerwona, papierowa torebka marszczyła się już od wilgoci, a on spacerował niecierpliwie, starając się uspokoić.
Nie wiedział tak naprawdę, czym się denerwuje. Samo spotkanie nie powinno go przecież krępować – znów zagra przed nią beztroskiego, zapatrzonego w siebie indywidualistę i po raz kolejny porzuci ideę stania się jej romantycznym księciem z bajki. ‘Buntownicze alter ego...’ – pomyślał, karcąc się jednocześnie za własną głupotę. Spojrzał tęsknie w dal ulicy, skąd powinna nadejść jego ukochana. Wciąż jej nie było. Ani śladu cudownej, rudowłosej szesnastolatki, o której marzył.
Usiadł ze zrezygnowaniem, wciąż wmawiając sobie, że wystarczy poczekać.
Ale czekanie nic nie dawało.
Minęła godzina, a on wciąż wpatrywał się samotnie na rozgwieżdżone niebo. Gdyby mu teraz ktoś powiedział, że szczęśliwa gwiazdka Lily spadła z nieba poprzedniej nocy rzuciłby wszystko i w desperacji szukałby jej tu – na Ziemi. I w końcu wręczyłby ją osobiście do jej rąk, udowadniając tym samym swoją wielką, niepojętą miłość.
Ale nikt nic nie mówił. A on nie wiedział. Nieświadomy siedział w miejscu, sądząc, że jego uczucie samo znajdzie okazję do pokazania, jak bardzo jest prawdziwe. Westchnął przeciągle i podniósł się z miejsca.
Minęła pierwsza.
Ona nie przyjdzie.
Wskazówki zegara drgnęły nieznacznie. Lily podniosła wzrok znad talerza z pierogami i wyjrzała za okno. W oddali czekał na nią ktoś gotów wręczyć jej wszechświat w świątecznym prezencie. A ona spokojnie jadła kolację.
Dyskretne ‘och’ przeleciało jej przez myśl. Chwyciła ze stołu kieszonkowy zegarek i nic nie mówiąc wybiegła na zaśnieżoną ulicę.
Rzuciła się pędem w stronę Third Street. Puszczała mimo uszu złośliwe uwagi i komentarze ludzi, których ochlapała po drodze błotem. Tak bardzo pragnęła zobaczyć, od kogo dostała list, kto chciał spotkać się z nią o północy. Jak mogła zapomnieć? Jak mogła przełożyć zwyczajną, rodzinna rozmowę ponad rozwiązanie słodkiej zagadki tajemniczego wielbiciela? Jak mogła?!
O pierwszej trzydzieści odejdę...” – pomyślał James, patrząc, jak do wyznaczonej godziny zegar pozostawia mu zaledwie dwie minuty. Zataczał koła, podśpiewywał nieznane sobie samemu piosenki, liczył ludzi wylewających się z kościoła, mierzył gęstość wydychanej pary z ust. Jednym słowem wariował
Może biegnie do mnie właśnie, spóźniona...” – pomyślał błagalnie, lecz zbył szybko tę myśl, tłumacząc ją sobie własnym zatroskaniem i naiwnością, Może gdyby wtedy wiedział, że nie jest tak naiwny jak sądzi wszystko potoczyłoby się inaczej.
Przez moment poczuł jak uczucie bezsilności i zawód, jaki spotkał go dzisiejszej nocy powalają go i prawie że przygniatają do ziemi swoim ogromem. Lecz nie złamał się, wciąż stał prosto, jakby nigdy nic. Tylko ten błysk w oku wyżyty był już z jakiejkolwiek świątecznej radości.
Tak bał się tej pierwszej trzydzieści, taką wagę do niej przywiązywał. Była ostatnią nadzieją, zdawała się straszna. A mimo wszystko przyszła i minęła – jak każda inna zwyczajna godzina.
Oszukał samego siebie, że nic się nie stało, wypchnął gdzieś na zewnątrz cały smutek i utwierdzając się w przekonaniu, iż w ogóle tej nocy nie opuścił mieszkania zapomniał o sprawie. Tylko jakaś dziwna igła kłuła go w żołądku i obraz wielkiego kościelnego zegara powracał co chwilę w myślach, za każdym razem coraz wyraźniejszy. Ale teraz to już nie miało znaczenia.
Nie zauważył już jak zdyszana i załamana własną nieuwagą Lily wpadła na pusty plac szukając go wzrokiem. Nie widział zawodu wypisanego jej na twarzy, nie widział prostych, dziewczęcych, skrzętnie skrywanych łez zawodu,. Nie dowiedział się o poczuciu straty.
Nic się przecież nie stało...

*

Więcej znaków ani sygnałów od tajemniczego wielbiciela nie było. Zamilkł, być może na zawsze już zrezygnował z adorowania dziewczyny, która zapewne w jego mniemaniu bezlitośnie go wystawiła.
Lily często wracała myślami do tej nocy, wyobrażała sobie wybranka z coraz to nowymi twarzami. Raz był Michaelem, raz Severusem, czasem nawet Jamesem...
Mimo wszystko czas płynął nieubłaganie szybko, zamazując w pamięci ów niedokończony wieczór. Zostawała po nim jedynie ogromna czarna dziura i dziwne, nieopisane uczucie straty czegoś, czego nie zdążyło się nawet dobrze poznać. Wielkimi krokami zbliżało się znane w całym Londynie przyjęcie sylwestrowe u Meadows’ów, na które osobiście została zaproszona. Kierowana własnym, niepoprawnym egoizmem postanowiła nie zabierać ze sobą rodziców. Choć to do niej niepodobne, to pragnęła się raz w życiu dobrze bawić i nie czuć przy tym na karku podmuchu rodzicielskiej kontroli. Szczerze powiedziawszy ogromną wagę przywiązywała do tej imprezy, może nawet aż za ogromną. Miała nareszcie okazję pokazania się światu od prawdziwej, kobiecej strony, stanięcia przed miastem w szykownym stroju, ukazania swojej lepszej połowy. To nie tylko możliwość wyjścia ze znienawidzonego mroku, ale też odsunięcia na bok opinii kujonki. Była też ta niewielka, kwitnąca nadzieja, do której trudno jej się było przyznać nawet przed samą sobą. Wciąż marzyła, że spotka tam swojego wielbiciela, że wytłumaczy mu nieobecność w bożonarodzeniową noc, że nareszcie zobaczy, w jakim stopniu przypomina jej wyśniony ideał.
Jak każda kobieta, w której duszy tkwi choć ziarenko romantyzmu, pragnęła adoracji, kwiatów, listów i miłości. Bawiły ją niepoprawne spojrzenia, przygryzane wargi, nieopisana radość wpływała jej do serca na widok szczerego, wiele mówiącego uśmiechu. Nie chciała kończyć tej osobliwej znajomości, pragnienie rozwiązania zagadki i myśl o stracie tego bezinteresownego uwielbienia nie pozwoliłyby jej normalnie funkcjonować. Podobnie zresztą było z Jamesem. Choć miała go za skończonego kretyna i momentami czuła się zażenowana jego prostactwem to jednak było coś w tych jego szczeniackich zalotach, co sprawiało, że czuła się zauważana, może nawet kochana, kto wie...
Przed rozpoczęciem przyjęcia postanowiła spotkać się jeszcze z Dorcas i opowiedzieć wszystko to, co zdążyło zdarzyć się od czasu rozpoczęcia ferii. Nie zebrała się w sobie, by napisać list, choć wielokrotnie nachodziła ją na to ochota. Słowo pisane mimo wszystko nie wyraziłoby tych uczuć i myśli, które pragnęła jej przekazać.
Narzuciła na plecy płaszcz i wyszła na dwór w poszukiwaniu przyjaciółki. Z każdym kolejnym dniem na londyńskich ulicach przybywało śniegu. Lód zmroził już doszczętnie asfaltowe ulice, a szron złośliwie zamazał wszystkie szyby. Krajobraz wyglądał jak wyjęty z eleganckiej widokówki. Niebo, idealnie błękitne, komponowało się z białą pierzyną na ziemi i kontrastowało z ciemnymi, zeschniętymi gałęziami drzew. Każdy krok skrzypiał przyjemnie, pozostawiając pamiątkę w postaci odciśniętej podeszwy. Mimo braku grzejących promieni słonecznych wiatr był ciepły i lekki. Uprzyjemniał spacer i szeleścił cicho resztkami opadłych liści.
Posiadłość Meadows’ów obejmowała ogromną, renesansową willę, domek dla służby, blisko hektarowy park i niewielki sad na tyłach, obok którego stał czynny latem basen z dobudówką spełniającą rolę baru. Wszystko szczelnie otaczał mur z metalowymi zdobieniami i szereg wierzb płaczących, które z całego majątku przyjaciółki panna Evans kochała najbardziej. Teraz, mimo iż ich opadłe gałęzie zmrożone były szczelną lodową warstwą, również przyciągały wzrok przechodniów swoją okazałością, dojrzałością i niesłychanym zdrowiem. Miały w sobie coś magicznego, coś, czego nie posiadało żadne inne londyńskie drzewo.
Lily pamiętała, jak w czasach, gdy były jeszcze naprawdę malutkie bawiły się z Dorcas między ich liśćmi, udając mieszkanki wielkiego, zaczarowanego pałacu. Słońce igrało z odcieniami wierzbowej zieleni, rzucając tysiące podłużnych cieni na ziemię i migocząc zwiewnie, niczym lusterkowe zajączki. A one fruwały, unosiły się nad ziemią natchnione grą swoich marzeń. Nie istniało nic, poza idealnym światem. Wśród idealnej ciszy przestworza przemierzało idealne powietrze, a w roześmianych, idealnych, dziewczęcych oczach odbijali się idealni królewicze pałający niestrudzenie idealną miłością. Z każdym rokiem ideały niknęły jednak ustępując miejsca realiom. Nie było już roześmianych oczu, królewicze zginęli pod lawiną prostackich żebraków a miłość wyblakła zasłonięta setkami źle ulokowanych uczuć. Nawet powietrze zbyt natrętnie napływało do płuc a cisza momentami zdawała się rozdzierać bębenki swoją niezmierzoną głośnością. Jednak zapach wierzb na zawsze już pozostał w pamięci.
Ciężka, żelazna brama otworzyła się ukazując opatuloną w klasyczny, wełniany płaszczyk, szczęśliwą pannę Meadows.
- Lily! – Krzyknęła bez zbędnych ogródek i wyściskała przyjaciółkę od góry do dołu, jakby nie widziały się od co najmniej roku – Wejdź, kochana!
Jej pełen szczęścia, donośny ton głosu dodał Lily trochę otuchy i w nieznany sposób przekazał chęć działania. Całkiem, jakby jakaś cząstka zabaw w idealnym świecie powróciła do tego miejsca wraz z symbolicznym uśmiechem na ich ustach. Może o to chodziło w życiu? By się z niego cieszyć?
- Och, jak ja tu dawno nie byłam... – westchnęła przeciągle.
Faktycznie, wiele się zmieniło od czasu jej ostatniej wizyty. Dobudowano kominek, na ścianach wywieszono pozłacane gobeliny. Starość przeistoczyła się w elegancję reprezentującą sobą nie tylko bogactwo, ale i niecodzienny styl. Wszystko było duże, drogie, ekskluzywne i ozdobione do granic możliwości.
Lily rzuciła od niechcenia torbę pełną rzeczy na przyjęcie i opadła na kanapę.
- Racja, powinnaś częściej wpadać – usłyszała w odpowiedzi – Idziemy na górę.
Rozmowa na temat tajemniczego wielbiciela nie doprowadziła nawet do najmniejszej zmiany w kwestii jego anonimowości. Nadal pozostawał zagadką – bez względu na to, czy rozmyślały o nim samotnie, czy we dwie.
Jedyne, co udało im się ustalić to fakt, iż jeżeli pojawi się na przyjęciu to bez wątpienia pokaże prawdziwą twarz. Wydawał im się zbyt romantyczny, zbyt zakochany, by nie wykorzystać okazji, jaką dawał mu noworoczny bal.
- Powinnaś sobie kogoś znaleźć – wyparowała Lily dopinając sznur pereł na szyi.
- Może i powinnam, ale nie śpieszy mi się do pozbawionych odpowiedzialności, klasy i wyczucia idiotów – skwitowała Dorcas zawieszając wzrok na kilku kiwających się za oknem gałęziach – Wiele razy chciałam spróbować miłości, znasz mnie przecież, ale nie umiem odróżniać krótkich, niezobowiązujących związków od tych istniejących na podstawie prawdziwego uczucia. Gubię się w świecie chłopaków, choć może dobrze to ukrywam. Miałam ich wielu, ale samotność też ma swoje plusy.
Ma?” – Lily nienawidziła własnej, wieloletniej samotności. Wiedziała, że sama do niej doprowadza, że dobrowolnie skazuje się na to pozbawione cieplejszych relacji życie, ale nie miała wpływu na płeć przeciwną. Mimo wysokiego mniemania o sobie i niepodważalnie idealnej figury nie przykuwała uwagi. Gdyby nie ludzie, z którymi się zadawała można by ją uznać za pospolity margines społeczny, za towarzystwo, które wiele wymaga, a niewiele ma.
Dużo myślała o problemach, które własnoręcznie sobie stwarza, o urojeniach na temat osoby, którą jest. Ale wniosek zawsze był ten sam – jak mnie kocha, to niech akceptuje.
- Nie bądź głupia, ktoś taki jak ty potrzebuje prawdziwego faceta. Jesteś za piękna, za mądra i... – zawahała się – za bogata, żeby siedzieć samotnie!
- Mam ciebie, to mi starcza.
- Racja, masz mnie. Załóżmy, że w to wierzę.
Gdy ostatni zgrzyt suwaka w sukience zmusił je do opuszczenia zacisza pokoju Lily zaczęła się denerwować. Pierwszy raz od Bożego Narodzenia miała okazję zdjąć maskę swojemu cichemu adoratorowi. Każdy kolejny marmurowy schodek przybliżał ją niejako do momentu, który zakończy tą całą zabawę.
- Stresuję się... – szepnęła do ucha przyjaciółki, obdarzając fałszywie zalotnym uśmiechem salę pełną gości.
- Nie masz czym, będzie dobrze.
Tłum ubranych w garnitury i ozdobne suknie ludzi idealnie współgrał z pełnym przepychu wnętrzem posiadłości. Słychać było szmery ważnych rozmów, wybuchy otoczonego gracją, kobiecego chichotu i ciche stuknięcia kieliszków z drinkami wychwytywane łapczywie z rąk lokai.
To wszystko było przerażające. Przyciskało Lily do ścian, nie pozostawiało jej miejsca na oddech. Czuła się mała, śmieszna, zagubiona. Czuła się naga w swojej czekoladowej sukni odsłaniającej figlarnie całe jej plecy. Wydawało jej się przez moment, że wszystkie oczy zwracają się w jej stronę, że niedyskretnie obdzierają ją ze zwiewnych, jedwabnych wstęg opadających na piersi, że rwą na kawałki przylegający do pośladków materiał. Czuła się ewidentnie skrępowana.
Mijając ostatni stopień zawiesiła nerwowo dłoń na łańcuchu pereł i rozejrzała się po sali. Dotarło do niej, że nie uroiła sobie tych spojrzeń, które czuła na ciele – one po prostu na nim były. Młodzi kawalerzy spoglądali na nią z uśmiechem, panny z zazdrością i nienawiścią. Wystarczyła chwila, by Lily nauczyła się odczuwać z tego powodu dziką radość. Musiała jedynie przywyknąć do tego, że teraz już nie obserwuje gwiazd – ona się taką gwiazdą stała.
Nagle, w drugim końcu sali dostrzegła dziwnie znajomą postać chłopaka, którego wydawało jej się, że zna. Szedł powoli i dostojnie w jej kierunku, uśmiechając się nonszalancko i mierzył ją pełnym niedowierzania spojrzeniem.
- James...? – zapytała niepewnie, otwierając szerzej oczy. Miał na sobie elegancki, kremowy garnitur, a włosy, starannie ułożone, odsłaniały jego prawie że idealną twarz.
- Witam panią – odparł, kłaniając się nisko. Na ustach miał niesamowity, pełen szacunku uśmiech. Każdy jego gest przepełniony był delikatnością, niepodobną do niego klasą i wyrafinowaniem. Nie, to nie mógł być on, to przecież niemożliwe...
– Zatańcz ze mną.
Spojrzała mu głęboko w oczy, zaskoczona propozycją.
- Zatańcz ze mną.
Ku własnemu zdziwieniu skinęła powoli głową, obejmując rękami jego szyję.
Świat wirował – delikatnie, powoli, coraz szybciej. Nogi lekkie jak puch szurały cicho o drewniany parkiet, potupując delikatnie.
- Nie umiem! - Jęknęła pod nosem żałośnie. On uśmiechnął się jedynie i mocniej zacisnął dłonie na jej biodrach. Czuł, jak zahacza palcami o jej nagie plecy, zapamiętywał opuszkami tą niesamowitą fakturę jej skóry.
Sunęli od okna do okna, wprawiając w nieznaczne drganie atłasowe zasłony. Firanki wplątywały się między fałdy sukienki a wiatr wpadający do sali przez rozsunięte szyby rozwiewał im włosy i pchał do tańca. Lekkie, zimowe słońce, kłuło ich w oczy, więc zamknęli je, pozostając w bezgranicznym, wzajemnym zaufaniu.
Teraz kręcili się coraz szybciej, stając się jednością w prędkich, żywych obrotach.
Lily odchyliła głowę do tyłu, uśmiechając się szeroko i zatapiając w muzyce wypełniającej kawałek po kawałku całe jej ciało i w tej niesamowitej bliskości, w zapachu rozpalonego, męskiego ciała, w dotyku pary dłoni rozkosznie wyczuwalnych na plecach.
Płynęli już zapewne z prędkością światła. To nie był taniec, to był zarodek czegoś, co wciąż pozostawało im nieznane,. Tak chcieli, by ten moment, by ta jedna piosenka trwała wiecznie. Wiatr wycisnął Jamesowi jedną, niewielką łzę z oka – jak zwykle, łzę radości. Ściekła niezauważenie, wtapiając się w koszulę. Całkiem jak płatki śniegu, które kilka dni temu towarzyszyły mu w cierpiętniczym oczekiwaniu na to, co ostatecznie nastąpiło dopiero dziś.
Muzyka ucichła, stanęli w miejscu. Nagle poczuli się dziwnie skrępowani, oboje zastanawiali się nad znaczeniem tego, do czego właśnie doszło. Czy to aby na pewno pozbawiony głębszego sensu gest? A może jednak jest coś, co kierowało ich stopami w czasie tańca, co sprawiało, że uśmiechali się, czując, że nigdy jeszcze nie byli tak blisko nieba?
Jakie on ma piękne, czekoladowe oczy...” – pomyślała Lily.
Ułamek sekundy, krótka, niepoprawna myśl, skarcenie się za nią cichym syknięciem pod nosem i purpurowy rumieniec równomiernie wylany na oba policzki – historia uczucia, które formalnie nie miało prawa istnieć.
- Co ty robisz?! – krzyknęła, wyrywając się z ciepłych objęć chłopaka. Manipulował nią, wykorzystywał! Jak mogła z nim zatańczyć, jak mogła dać się ponieść?!
- Lily, przecież...
- Milcz, nie tłumacz się. Nigdy więcej, przysięgnij, nigdy więcej nie pozwolisz mi się zagubić w tym, co ze mną robisz! Powiedziałam ci już – nie będę twoja! Nigdy! Nie powinnam była...
- O co ci chodzi? Przecież sama się...
- Co ty wiesz?! – zgasiła go. Niewątpliwie wyrwała mu serce z korzeniami. Ugasiła wszystkie jego nadzieje i marzenia za pomocą kilku nieprzemyślanych zdań. Nie wiedziała, dlaczego to robi, czuła tylko, że krzycząc znów czuje się tak, jak wtedy – na szkolnym korytarzu. „Będziesz żałować” – podpowiadało jej sumienie, ale znów pozostawała na nie głucha.
- Dużo wiem! A i ty powinnaś się czegoś dowiedzieć! Może zmienisz zdanie, gdy powiem ci, że... – ale ona już nie słuchała, już odchodziła odwrócona do niego tymi wspaniałymi plecami, które jeszcze minutę temu mógł dotykać - ... ten wielbiciel, który czekał o północy był mną... – dokończył po cichu, dla samego siebie.
Spuścił głowę, nie słyszała, to był już koniec.
Pozostawało wciąż uparcie wmawiać sobie, że nic się przecież nie stało...

*

Słaby płomyk świeczki poruszał się figlarnie nad wypłowiałym obrusem a kolejne krople stopionego wosku spływały po świeczniku, zastygając w połowie drogi. Księżyc oświetlał niemrawo zza okna zmęczoną, pełną zatroskania twarz, odbijając się we łzawiących oczach.
Para pustych talerzy na brzegach lekko spróchniałego stolika, mizerne ciasto na środku i cisza, wszechobecna, absolutna cisza. Powietrze stojące nieruchomo w ciemnym pokoju i jeden nierówny oddech łaskoczący odchodzącą ze ściany tapetę.
Severus siedział w piwnicy swojego domu, przy stoliku, który kilka dni temu własnoręcznie wystrugał z drewnianych pni. Opuszkami palców jeździł po brzegu swojego talerza a nieprzytomny wzrok utkwił w niewielkim, zakratowanym okienkiem pod sufitem. Czuł jak pojedyncze łzy spadają mu cicho po policzkach, jak łaskoczą go w nos.
- Severusie, co ty tu robisz?!
Nawet się nie odwrócił na dźwięk surowego i zarazem pełnego zdziwienia głosu matki.
- Witam nowy rok – wyszeptał pod nosem.
Nie miał siły na tłumaczenia. Poczuł na karku krzywe, osądzające go spojrzenie. Widział w szybie jak matka ze zrezygnowanym westchnięciem przypatruje się pustemu talerzowi po drugiej stronie stołu.
- Mogę się dosiąść? – Zapytała nieśmiało, robiąc niepewny krok w stronę syna.
- NIE! - Snape zerwał się z miejsca, a głuchą ciszę przerwał odbijający się echem odgłos krzesła uderzającego o kamienną posadzkę – Świętuję z Lily! Tylko z Lily!
Przestał panować nad tym, co robi i zdając sobie sprawę z tego, jak głupie jest wyobrażanie sobie, że siedzi tu z nim przy stoliku, padł na kolana i zaczął płakać. Schował twarz w dłoniach, upokorzony i załamany własną bezsilnością czuł jak ręce stają się mokre od łez, których nie był w stanie powstrzymać. Klęczał tak, trzęsąc się nerwowo i szlochał.
Matka kierowana litością i często skrywaną matczyną miłością uklękła obok niego i objęła go ramieniem. Przez kilka minut siedzieli tak w ciszy przerywanej jedynie rozpaczliwym płaczem.
W końcu oddech Severusa zaczął się wyrównywać, bicie serca z lekka zwalniało, a drżenie wplątanych we włosy dłoni powoli ustawało. Podniósł głowę do góry i słysząc jak kościelny zegar wybija północ wyszeptał drżącym jeszcze głosem:
- Wszystkiego najlepszego, Lily...

komentarze [23]

Informacja.
wtorek, 17 czerwca 2008 15:10:39

Przepraszam was bardzo - to moja, tylko i wyłącznie moja wina, że tak zaniedbałam to wszystko. Może nie powinnam się tłumaczyć, ale chcę, żebyście wiedzieli, że naprawdę dużo się działo.
Nie koniecznie pozytywnie.
W każdym razie Lily nie zginęła, podobnie jak James. Kolejny rozdział wielkimi krokami zbliża się już do końca, więc sądzę iż może nawet w tym tygodniu już ujrzy światło dzienne. Nie wiem, naprawdę, robię co w mojej mocy.
Jeszcze raz Was przepraszam. Wrócę. Zaraz.
Kochani moi :*

Alicja
komentarze [6]

"Gwiazda dnia dzisiejszego"
środa, 20 lutego 2008 14:12:57

Dziś śp. Kurt Cobain obchodziłby swoje czterdzieste pierwsze urodziny. Chciał przeżyć wszystkich, a nie dotrwał do czterdziestki. Dedykowanie mu tego byłoby ironią, ale nie skłamię, gdy powiem, że napisałam to tylko dzięki Niemu. Natchniona ‘Dumb’ Nirvany i ‘Piosenką pisaną nocą’ zespołu Coma dokończyłam to, co powinnam była wstawić tu już dawno.
Tak więc z myślą o Kurcie, dla was. Wspomnijmy legendę muzyki. Człowieka, który dla milionów na zawsze pozostanie żywy. [*]


Na błoniach powoli zapadała noc. Niebo w odcieniu zszarzałego błękitu pozbyło się już zachodzącego słońca, lecz nadal zdawało się powstrzymywać od zatapiania okolicy w ciemności. Wiatr przesypywał lekki, grudniowy śnieg z miejsca na miejsce i telepał niemiłosiernie gałęziami drzew.
Pozornie zwykły, niczym niewyróżniający się, zimowy wieczór. Co prawda z lekka pozbawiony nastroju zbliżających się świąt Bożego Narodzenia, ale mimo wszystko zwyczajny. Jednak właśnie teraz tłumy uczniów dopinały walizki i całowały czule przyjaciół, pakując się do pociągu. Trud rozstań podczas przerwy na ferie świąteczne zdawał się łączyć wszystkich we wspólnej mieszaninie uśmiechów i pośpiesznie wręczanych prezentów.
Lily czule uścisnęła Emelinę, wciskając jej w dłoń niewielką paczuszkę.
- Wesołych świąt, kochana. Wesołych świąt...
Odwróciła się po raz ostatni, by utrwalić w pamięci obraz zamku i taszcząc za sobą kufer wsiadła do pociągu. Czuła, że zostawia za plecami prawdziwą atmosferę tego, co miała nadzieję spotkać w domu. Atmosferę Świąt...
Wciąż nie mogąc zebrać myśli dotarła do przedziału, który zajmowała razem z Dorcas. Świat, od którego oddzielała ją jedynie ściana pociągu i okienna szyba zdawał się być tak nieosiągalnie daleki, jeszcze zanim rozpoczęła się podróż. Gdy koła z donośnym zgrzytem odepchnęły się od szyn Lily podniosła wzrok i zawieszając go na twarzy przyjaciółki oznajmiła spokojnie:
- Czasami naprawdę ci zazdroszczę.
Dorcas podarowała jej najcieplejsze z możliwych i zarazem pełne smutku spojrzenie. Wiedziała, że nie powinna nic mówić. Przymknęła oczy imitując zmęczenie i osunęła się niżej na fotelu, pozwalając przyjaciółce swobodnie pogrążyć się we własnych rozmyślaniach.
W chwilach, gdy oprócz ciszy towarzyszy nam tylko usypiający odgłos toczącego się pociągu trudno nie układać w głowie różnych, przepełnionych fikcją wizji. Jednak im piękniejsze, im dokładniejsze są owe wizje tym bledsza i cięższa do zniesienia okazuje się być rzeczywistość.
Lily oparła twarz na szybie i narysowawszy palcem wielkie, pęknięte serce postanowiła, że potowarzyszy przyjaciółce w poszukiwaniu snu.
Nie wiedziała jak długo tak leżała.
Zbudził ją szum biegających między przedziałami uczniów i przejmujący ból w zdrętwiałej, prawej części twarzy. Dorcas, która najwidoczniej nie spała już od dobrych kilkunastu minut objęła ją i delikatnie pogłaskała po głowie.
- Dojeżdżamy, Skarbie. Szkolna szata już się nie przyda, możesz ją zdjąć.
Niewiele ponad pół godziny później pociąg zaczął zwalniać. Lily dopięła pośpiesznie guzik w spodniach i z nieskrywanym bólem odwróciła się w stronę okna. Pełen rodziców czekających na swoje pociechy peron przyprawił ją o mdłości.
Chwyciła kufer i odpychając na bok każdego, kto tylko wszedł jej w drogę wydostała się na zewnątrz. Tak trudno było jej patrzeć na te wszystkie szczęśliwe rodziny. Wszechobecna aura miłości i widok czułych powitań ściskał jej serce jeszcze mocniej, uświadamiając, jak bardzo jest samotna.
- Witaj, Lily! – ciepły, pełen głębi głos pana Meadows wyrwał ją z zamyślenia.
- Och, dzień dobry! – odpowiedziała niezwłocznie, zmuszając się do uśmiechu. Ganiała wzrokiem pomiędzy twarzami przytulonych rodziców i grymasem Dorcas wciśniętej niezdarnie pomiędzy nich – Miło pana widzieć.
- Ciebie też, kochana. Przyjaciele naszej córki są zawsze mile widziani.
Pani Meadows, stojąca dotychczas bez słowa z serdecznym wyrazem twarzy dołączyła do rozmowy
- Organizujemy kameralne przyjęcie sylwestrowe i pomyśleliśmy, że miło by było, gdybyś wpadła. Rodzice też oczywiście mają czuć się zaproszeni.
Mimo uśmiechu, który wciąż usilnie starała się utrzymać, Lily poczuła, że żołądek podchodzi jej do gardła. Nie mogła winić za nic tej miłej rodziny, chcieli przecież dobrze. Nie mieli pojęcia o jej problemach, o wzlotach i upadkach. Dla nich była tylko uzdolnioną, pochodzącą od mugoli przyjaciółką córki. Uścisnęła wysuniętą w jej kierunku dłoń ojca Dorcas, robiąc, co tylko w jej mocy, aby gest ten wyglądał na zdecydowany.
Podłapała jeszcze tylko kątem oka przepraszające spojrzenie młodej Meadows i odeszła, rzucając na pożegnanie krótkie „Wybaczcie państwo, ale muszę poszukać rodziców”
Nie znosiła kłamać, tak samo jak nie znosiła myśleć trzeźwo o otaczających ją problemach, sprawach i ludziach. Świat marzeń był po prostu zbyt piękny, by tak często go opuszczać.
Idąc w kierunku domu rozglądała się uważnie, jakby na nowo chłonąc każdy, najdrobniejszy nawet, element otoczenia. Pokryte kilku centymetrową warstwą śniegu drzewa przysłaniały blask księżyca. Ulice ziały pustką a barokowe latarnie z wymyślnymi zdobieniami rzucały ciepłe światło żarówek na pogrążoną w mroku okolicę. Szare, ceglane domki z dobudówkami rozłożone były równomiernie po obu stronach jezdni. Duże, ale nie przykuwające wzroku posiadłości ewidentnie reprezentowały sobą rozsądny i nieskomplikowany styl życia właścicieli.
Dotarła w końcu do magicznego numeru 20. Wyciągnęła drżącą rękę w kierunku dzwonka. Nie bała się krzyku, bólu, kłótni. Jedyne, co budziło jej obawy to zawód, jaki mógł ją tu spotkać. Im bardziej się do czegoś przywiązujemy i im częściej o tym rozmyślamy, tym bardziej boli nas ewentualne rozczarowanie. Lily, co roku, opuszczając to miejsce liczyła na zmiany. Malowała w podświadomości obrazy szczęśliwej rodziny. Takiej, jakiej częścią miała okazję być przed kilkoma laty. Za każdym razem, gdy na nowo stawała przed tymi drzwiami serce biło jej mocniej. Może teraz się uda?
Zadzwoniła.
Wewnątrz rozległ się odgłos kroków stawianych na schodach. Każdy stopień przybliżał ją do tej niezwykłej chwili, która miała dać koniec wielkiej niewiadomej.
- Kto tam?
- To ja, tato.
Ciszę nocy przerywało teraz jedynie głośno łomoczące serce i para rytmicznych, zgranych ze sobą oddechów. Zamek zgrzytnął i drzwi otworzyły się na oścież tak nagle, że Lily musiała odskoczyć, aby uniknąć zderzenia.
- Lily...
Ojciec, który stał teraz dokładnie naprzeciw niej odgarnął niezręcznie kosmyk sięgających ramion blond włosów za ucho. Patrzył tępo na córkę, jakby nie wierząc, że zdecydowała się wrócić do domu na ferie. W końcu uścisnął ją mocno i wpuścił do środka.
Salon promieniował nieskazitelną czystością. Radio nastawione na jakąś spokojną balladę rocka nadawało wszystkiemu charakter spokojnego, angielskiego domu, w którym nigdy nie dochodzi do nieszczęść.
Lily niepewnie zdjęła płaszcz i nienaturalnie powoli zawiesiła go na wieszaku. Dawno nie widziała mieszkania w tak idealnym stanie.
Minęła trzy stopnie odgradzające przedpokój od głównej części posiadłości i skierowała się w stronę schodów na piętro. Zanim jednak zdążyła tam dotrzeć zatrzymał ją opanowany głos ojca.
- Usiądź, proszę.
Odwróciła się. Miał rękę wyciągniętą w geście zapraszającym do zajęcia miejsca na kanapie.
Nie wiedząc, co myśleć rzuciła mu niepewny uśmiech i posłusznie wykonała polecenie.
Starała się skupić na skwierczeniu ognia w kominku i iskrach wesoło skaczących pomiędzy kawałkami zwęglonego drewna, lecz za nic nie potrafiła zatopić się we własnych myślach.
Ojciec usiadł obok niej obejmując ją ciepło ramieniem.
- Przepraszam... – wyszeptał.
Nie trudno było dostrzec z jak wielkim trudem słowo to wydobyło się z jego gardła. Oczy zaszły mu łzami.
Marszcząc dłonią spodnie w okolicach kolana dodał:
- Nie byłem dobrym ojcem.
Każda jego wypowiedź zdawała się promieniować szczerością. Nie było wymówek ani wykrętów. Po prostu się przyznał.
Wciąż nie podnosząc wbitego w ziemię wzroku wyciągnął z kieszeni kopertę.
- Dostaliśmy to tydzień temu. Pisali, że nie żyjesz - Lily niewiele rozumiejąc spojrzała na niego pytająco – Przeraziłem się. Wiedziałem, że straciłem osobę tak drogą mi tylko i wyłącznie z powodu własnej głupoty. Być może nigdy nie zrozumiałbym jak wielki błąd popełniłem, gdyby nie ten list.
Nie byłem w stanie dzwonić do kogokolwiek, nie chciałem o nic pytać. Po prostu uwierzyłem. Nasz adres, twoje imię, pieczątka ministerstwa... Przedwczoraj dowiedziałem się, że to pomyłka. Przyszedł tu dziwny człowiek i zapytał, czy to ja nazywam się Dave Evans. Nie wiedziałem, kim jest, ale wdałem się w rozmowę. Okazało się, że wydział zabójstw w ministerstwie magii popełnił ogromny błąd myląc znalezione niedawno zwłoki niejakiej panny Hite z twoimi. Rzuciłem mu się na szyję płacząc.
Wiem, jak dziwne wyda ci się to wszystko, ale widzisz – śmierć stawia ludzi przed własnymi wyrzutami sumienia. Patrzysz twarzą w twarz na to, czego najbardziej się bałeś. I wiesz, że nic, absolutnie nic nie dorównuje wagą tej stracie. Doceniasz nagle każdą chwilę, każdy uśmiech, zatapiasz się we wspomnieniach, ciągle nie tracąc resztek nadziei. Przeprosiłem twoją matkę, zdobyłem się na szczerą rozmowę z Petunią. Ona cię kocha, Lily. I ja też. Kochałem cię, gdy się urodziłaś, kochałem, gdy dostałaś list z Hogwartu. Jednak później zacząłem się staczać, zgubiłem gdzieś sens życia i namieszałem w moim systemie wartości. Brzmi to zapewne jak jakieś głupie wytłumaczenie, ale tak nie jest, uwierz mi. Przepraszam, Lily. Z całego serca. Przepraszam. Wybaczysz mi kiedyś?
Trzask rozpalonego w kominku drewna rozerwał głuchą ciszę na pół. Łzy kręciły się w oczach wciąż nie mogąc ześlizgnąć się po policzkach. Deszcz padał, wiatr wiał, serca nareszcie biły. Świat na nowo się kręcił.
- Och, Tato...
Słowa były zbyt małe, zbyt ulotne by cokolwiek nimi określać. Znów nie wydostawały się przez barierę ust. Chwila ta oddana była tylko gestom. Para dłoni zetknęła się ze sobą po tylu latach. Usta odcisnęły na policzku piętno miłości. Uśmiech rozpromieniał twarze, zegar zapamiętywał ten moment bijąc dwanaście razy. Ta niewielka część Nieba zstąpiła na Ziemię.
Przyszedł nareszcie czas na opowieści, na wspólnie wypite kakao, na opisy uczuć, na wybuchy śmiechu. Tej nocy świat zyskał jedną rodzinę więcej.
Dwie godziny później, gdy nadmiar wrażeń ułożył ojca do snu Lily wyszła z domu. Szła przed siebie czując, że ta sama ulica wydaje jej się nagle mieć więcej barw. Szeroko otwartymi oczami obserwowała niebo. Znalazła i zakreśliła palcem jedną z gwiazd.
- Gwiazda Dnia Dzisiejszego – wyszeptała.
Rozmarzonym krokiem dotarła do huśtawek. Ta istna kopalnia wspomnień otoczyła ją ze wszystkich stron, wkładając do głowy obrazy z dzieciństwa. Tak samo jak kiedyś, usiadła, odbiła się stopami od ziemi i wyciągając dłonie skubała niebo. Nie było zmartwień, nie było łez. Jedynie te, które wyciskał z niej wiatr.
Powoli, prawie że niespostrzeżenie zza drzew wyłoniła się wysoka, chuda postać opatulona szczelnie dziurawym płaszczem. Śledziła wzrokiem tor lotu huśtawki i tęsknie wsłuchiwała się w ocieplony beztroską świst powietrza.
Lily zauważając, iż nie jest sama, zahamowała stopami o ziemię i odruchowo przygładzając włosy powiedziała spokojnie:
- Severus...
Skryta w gęstwinie liści postać wyłoniła się nieśmiało, ukazując w świetle księżyca surowe rysy i haczykowaty nos.
- Czekałem na ciebie. Wiedziałem, że przyjdziesz. Wiedziałem, że nie zapomnisz. Wiedziałem...
Zeszła z huśtawki. Zbliżyła się do niego.
- Severusie... – powtórzyła beznamiętnie – Mówiłam ci już tyle razy. Prosiłam.
- Ale ja cię kocham, Lily!
- Ja ciebie też, naprawdę. Ale nasze drogi się rozeszły.
- Dlaczego? – wyjęczał, podnosząc wzrok i kierując go wprost w na wielkie zielone oczy.
Dlaczego?’ – powtórzyła w myślach. Pytanie bez odpowiedzi. Dręczące i tak bardzo dwuznaczne.
- Nie wiem. Nie powiem ci tego. Po prostu gdzieś w głębi wiem, że się zmieniliśmy. Chcesz przełomu? Był nie jeden. Setki dowodów, Severusie, setki! Dowodów na to, że nie jesteś już tym, kogo znałam mając pięć, sześć czy siedem lat temu!
Wiedziała, jak bardzo bolą go te słowa. Wiedziała, że nie powinna, ale czy był jakiś inny sposób? Czy była delikatna droga do uświadomienia mu tak poważnych spraw?
- Przyjaźń się nie kończy – zaczął, wciąż patrząc na nią z nadzieją.
- W takim razie może ta nigdy się nie zaczęła?
Chciała odejść, ale czuła, że nie może zostawić go w takim stanie. Serce biło jej mocno, ściśnięte żalem. Czas nieubłaganie odwrócił ich od siebie. Mało co boli bardziej niż rozstanie z przymusu.
Stała tak przez kilka sekund, czytając, niczym z książki, zatroskanie i smutek z jego twarzy. Podeszła i łapiąc go za dłoń powiedziała
- Kiedyś jeszcze się zejdziemy. Połączy nas dojrzałość, połączą stare lata. Warto mieć nadzieję, Severusie. Nie traćmy jej. Nigdy.
Teraz nie pozostawało już nic do zrobienia. Przytuliła go serdecznie, czując jak oboje drżą na całym ciele. Zawróciła w stronę domu, spowita cieniem drzew i nie zdołała już zobaczyć jak jej dawny przyjaciel powoli klęka przy huśtawce i długim, kościstym palcem rysuje w piasku jedno słowo: ‘Lily...
Gdy znalazła się już w zaciszu pokoju zewsząd zaatakowały ją nieposkładane myśli. Smutek zrównoważył radość, żal zaćmił beztroskę. Serce dalej biło w szybszym tempie, oddechowi wciąż daleko było do miarowego, jedynie powód nie był już tak oczywisty.
To wszystko ze szczęścia czy z roztrzęsienia?
Pragnąc oderwać się od przygnębiających, dręczących ją pytań postanowiła rozpakować szkolne rzeczy. Przerzucając na miejsce zwoje pergaminu, pióra i kociołki natrafiła na dziwną książkę. Czarna, delikatnie zdobiona okładka z wygrawerowanym złotym tytułem wyglądała dziwnie obco, pozostawiała jednak we wnętrzu to trudne do opisania wrażenie odbijające się w myślach jako krótkie ‘Czy ja tego już nie widziałam...?
Otworzyła ją i natychmiast przypomniała sobie, że trzyma w dłoniach opowieść o Marie i Teodorze, którą kilka dni temu usłyszała od Michaela.
Nagle poczuła dziwne ukłucie w żołądku. Być może w skutek nagłego olśnienia a być może po prostu dzięki zwykłemu zbiegowi okoliczności zdała sobie sprawę, że doskonale zna to złote pismo. Wpatrywała się w nie przecież dniami i nocami.
Wyciągnęła z kieszeni karteczkę, którą tajemniczy Oddany dołączył do piórka.
Jeżdżąc nieprzytomnie palcem po wypukłych napisach zastanawiała się nad sensem ukrytej wiadomości. ‘DKZ 11,97,226
Budzik za plecami niecierpliwie wydzwonił godzinę trzecią nad ranem. Noc szykowała się już powoli do zamiany w nowy dzień. Lily wciąż jednak przerzucała strony trzymanej w dłoniach książki.
Zatrzymała się na spisie rozdziałów.
Krótkie „Och!” wydobyło się z jej ust, gdy przy numerze 5 dostrzegła tytuł „Droga ku zapomnienu”. Litery D, K i Z bez wątpienia widniały na wskazanej stronie, ale co dalej? Otworzyła utwór na stronie 40 i rzuciła okiem na kilka pierwszych zdań:
Spomiędzy jej rozchylonych ust wydobywał się cichy, żałosny świst, przywodzący na myśl szelest sinej, późnojesiennej trawy. W dłoniach ściskała kurczowo stare, zwęglone już zdjęcie. Resztkami sił szeptała żałośnie w kółko jeden niezrozumiały wyraz.
Łzy zmieszane z brudem ziemi, na której leżało jej na wpół martwe ciało, ściekały prędko po bladych policzkach, będąc jedyną oznaką bólu, który rozdzierał ją bezlitośnie od środka, dając w zamian katusze i niemy krzyk.

Nie miała pojęcia, co ów fragment może mieć wspólnego z trzymanym w pudełku po ciasteczkach piórkiem. Westchnęła przeciągle i zabrała się za ponowne odczytywanie rozdziału.
Pierwszą możliwością wykorzystania cyfr wydała jej się kolejność liter. Najwyraźniej cud sprawił, że okazała się ona trafna.
Jednak krótki, trzyliterowy wyraz "end" nadal w niewielkim stopniu oddalał ją od punktu wyjścia.
Koniec...’ Koniec czego? O co w tym wszystkim chodzi?
Nieświadoma tego, co robi padła na łóżko i zachęcona lawendowym zapachem pościeli w przeciągu minuty zapadła w głęboki sen.

*

Wraz z pierwszymi promieniami słońca odbijającymi się od zalegającego na dworze śniegu do pokoju wpadł rozkoszny aromat kawy. Prześwitujące, bordowe zasłony rozchylone były lekko na brzegi delikatnie obramowanego okna. Ściany zachęcały przytulną, kremową pseudo-bielą a jasne panele wyginały się nieznacznie pod natłokiem radości zgromadzonej w pomieszczeniu.
James rozchylił powoli oczy, patrząc z nieskrywaną czułością na stojący na szafce nocnej kubek pełen gorącej kawy. Poczuł nagły przypływ miłości do całej jego rodziny.
Ziewnął, by pozbyć się senności i przeciągając na wszelkie możliwe sposoby podniósł z łóżka. Chwycił w dłonie rozkosznie ciepły wywar i stanął przy parapecie, podziwiając budzący się świat.
Widok był fenomenalny. Idealny w swojej prostocie okiennego krajobrazu. Kilka dębów, pięć, czy sześć zadbanych ceglanych domków, każdy otoczony starannie pomalowanym, brązowym płotem. Śnieg równo odgarnięty z szarobrązowych uliczek, uroczo połyskujący na terenach pól.
- James?
Odwrócił się.
W drzwiach stała wysoka, szczupła kobieta o delikatnych rysach i długich, czarnych włosach. Opatulona czekoladowym szlafrokiem spoglądała na niego spod firanki ciemnych, zalotnie wywiniętych rzęs.
- Dziękuję za kawę, mamo – szepnął, ofiarowując jej wiele mówiący pocałunek kochającego syna. Matka uśmiechnęła się poczciwie, czochrając mu włosy. Drobne, pogłębione z biegiem czasu zmarszczki zebrały się momentalnie wokół jej oczu i ust.
- Miło, że przyjechałeś – powiedziała, odchodząc.
Miał ochotę zejść na dół i zjeść śniadanie, lecz zatrzymała go nagła, impulsywna chęć zrobienia czegoś innego. Zostały dwa dni do świąt. Warto by coś przygotować.
Przekopał się przez stertę koszul, pudełek, książek i wszystkiego innego, co barwnie porozrzucane zasłaniało podłogę. Gdy dotarł już do kufra wygrzebał z niego zwój pergaminu, pióro i atrament.
Droga Lily!” – tak, początek jest dobry, ale co dalej?
Zbliżają się święta. To podobno czas radości i miłości, więc dobrze by było, gdybyś podzieliła się swoimi uczuciami z innymi, nieprawdaż?” – To takie idiotyczne! Ale może coś da. „Życzę smacznego opłatka i góry prezentów. Spotkaj się ze mną w godzinach pasterki. Północ, na rogu Third street i Cobenford valley.
Jeszcze podpis. Ale jaki?
Ostatecznie zwinął pergamin, bazgrząc jedynie krótkie „Twój”.
Gdyby adresatka wiedziała, że to list od Jamesa w życiu nie zgodziłaby się na spotkanie, a w tej sytuacji szanse na podarowanie jej prezentu rosły. Lily przecież lubi tajemnice.

*

Ten, kto nie stracił uśmiechów bliskich nigdy nie doceni jak wiele są warte. Dołeczki w policzkach i błysk w oczach. Zapach błogiej ciszy, rodzinnego ciepła. Wszystko to, co robi z nas ludzi wrażliwych i pięknych skryte jest w innych. W ludziach, którym dane było nauczyć nas kochać.
Petunia, pierwszy raz, od kiedy tylko Lily sięgała pamięcią rzuciła przez stół gorący pół uśmiech, tak wartościowy, tak drogi na jej ustach.
Dochodziło południe, rodzice udali się do pracy, po raz ostatni przez Bożym Narodzeniem. Tata dostał posadę w ministerstwie. Wszystko nareszcie się układało.
Właśnie - układało się, czy tylko zdawało się układać?
- Tuniu, wiesz, że cię kocham, prawda?
- Co? Och, tak wiem...
Nawet najlepsze kłamstwo, najbardziej przebiegła próba kamuflażu nie zatuszowałaby tego szczęścia wymalowanego na jej twarzy.
- Ach, gdy się kąpałaś przyszedł Severus. Dał mi to – wyciągnęła rękę, wręczając jej wymięty, miejscami naddarty notesik – Nie mówił, co to i dlaczego ci to daje. Po prostu kazał przekazać.
- Dziękuję, kochana.
Lily sprzątnąwszy ze stołu chleb i dzbanek po herbacie udała się na górę. Zamknęła w pokoju na klucz i siadając na łóżku rozpoczęła przeprowadzanie dokładnych oględzin dziennika.
Miał około stu kartek, każda starannie wypełniona drobnymi literami. Sądząc po kleksach i kolorze atramentu pisana była stępionym, gęsim piórem.
Pierwsze dwa rozdziały przedstawiały czytelnikowi nienaturalnie piękną i utalentowaną kobietę. Następne zdawały się opowiadać jej historię. Nic szczególnego, amatorska twórczość własna. Z każdym kolejnym wersem Lily coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że zna skądś to pismo, jednak tłumaczyła to sobie nadmiarem czasu, jaki we wczesnym dzieciństwie spędziła z Severusem. Nigdy nie dostrzegała u niego talentu pisarskiego, ale zawsze mogła coś przeoczyć. Nikt nie jest idealny.
Po dokładnym zapoznaniu się z blisko połową książki nadal nie rozumiała, do czego ma doprowadzić przeczytanie jej. Być może był to jedynie znak zakończenia przyjaźni? Ostatnia pamiątka po wspólnych wielu latach?
Około godziny czwartej udała się na huśtawki. Była sama, przynajmniej tak jej się zdawało. Skryty w wysokich krzewach, jak co dzień siedział zapatrzony w nią, zagubiony przyjaciel. Schowany, niewidzialny, lecz wciąż z pokaleczonym sercem.
Zawiesił wzrok na jej bucikach latających wesoło w górę i w dół. Kopały powietrze, między sznurówkami gromadziły marzenia.
Świat był niesprawiedliwy. Kaleczył tych, którzy chcieli być dobrzy, nagradzał tych, którzy na dobro pozostawali ślepi. Dlaczego?
Lily mogła z czystym sumieniem przyznać, że przez cały dzień nie zrobiła nic. Pogrążona we własnych myślach, zatopiona we wszechobecnej muzyce spacerowała godzinami po ulicach, za którymi tak tęskniła. Nie widziała wielkiej miłości, która jak cień skradała się za nią na palcach, niemal całując ziemię tam, gdzie zrobiła krok.
W świecie nocą dostrzegała jedynie przejrzystość powietrza, tak chłodno obojętna na romantyzm. Wyglądając przez okno na niebezpieczny świat nie dostrzegła nawet przez pryzmat własnej niewrażliwości, że Gwiazda Dnia Dzisiejszego spadła. Raz na zawsze

komentarze [62]

"Mogę cię pokochać?"
środa, 2 stycznia 2008 16:39:15

Wiem, że kolejne rozdziały nie pojawiają się na blogu zbyt szybko, ale wiedzcie, że naprawdę się staram. Nie chcę dodawać czegoś krótkiego i niedopracowanego tylko dlatego, że minęło już sporo czasu. Przepraszam i dziękuję, że czekacie :*
Jestem też niesamowicie wdzięczna za te wszystkie komentarze, na które (jak wiecie) staram się na bieżąco odpowiadać.
Przeplotłam dwie, zbliżone do siebie w czasie historie. Mam nadzieję, że nie rozpisałam się za bardzo. Opisując Syriusza miałam przed oczami Johnny’ego Depp’a :] Są dla mnie tutaj jedną i tą samą osobą. (Och, ten sex! :D)
Wraz z najlepszymi noworocznymi życzeniami Wam wszystkim, Pannie D i Natalii, za nasze wspaniałe rozmowy, oraz Olxie, za to, że zawsze przy mnie jest i motywuje mnie do pisania :** (trochę optymizmu, Skarbie!)



I tak oto pióro stało się symbolem radości, uniesień i ulotnego szczęścia...
Lily przymknęła oczy, znużona wielogodzinnym przeglądaniem ksiąg. Opadła zrezygnowana na stojącą w rogu kanapę, która zaskrzypiała podejrzanie.
Ściskając w dłoni któryś z kolei tom symboliki wpatrywała się nieprzytomnie w sufit, licząc dziury w odchodzącej szarej farbie. Zapach staroci i stęchlizny drażnił jej nozdrza, jeszcze bardziej uprzykrzając poszukiwania.
Pokój życzeń co dzień zamieniał się w tą przestronną, starą skarbnicę wiedzy z rozlatującym się, dębowym biurkiem na środku i ciemnobrązową kanapą z wołowej skóry ustawioną nierówno pod ścianą. Do złudzenia przypominał późnorenesansowy gabinet podróżnika.
Sterty ksiąg od ziemi aż po sam sufit wyścielały ściany, a ogromny, pozłacany globus obracał się samoistnie w kącie. Dwa, niewielkie, fikcyjne okienka dawały widok na zaśnieżone błonia. Dziesiąty grudnia. Zima.
Miejsce to zdawało się idealnie nadawać do poszukiwań, lecz mimo warunków sprzyjających skupieniu Lily wciąż pozostawała w punkcie wyjścia.
Zwiedziła kilkakrotnie szkolną bibliotekę nie znajdując nic ponad to, czego wcześniej zdążyła się dowiedzieć. Na przejrzenie zawartości działu ksiąg zakazanych miała niespełna godzinę, lecz i to starczyło jej, by stwierdzić, że najprawdopodobniej żaden ze znajdujących się tam podręczników nie zawiera w sobie nic przydatnego.
Wiele razy zastanawiała się, czy ktoś najzwyczajniej w świecie nie robi sobie z niej żartów. Nie miała przecież żadnej pewności, że owo piórko w jakikolwiek sposób jej pomoże.
Na razie leżało zamknięte w pudełku po jej ukochanych goulibeur * schowane pod łóżkiem.
Za motywację starczała jej wizja rodziny. Myśl o ojcu, o matce, o wspomnieniach, które brutalnie jej wyrwano razem z beztroskim dzieciństwem. Wciąż trwała w nadziei, że odnajdzie w tym niewielkim błyszczącym prezencie szansę, na odzyskanie tego wszystkiego.
Że nadrobi zaległości w rodzinnej miłości, która przez te wszystkie lata stała się wypłowiała i tak niewiele warta.
Zawiesiła wzrok na płomyku świecy tańczącym beztrosko wraz ze swym ciepłym cieniem na ścianie.
Wiedziała doskonale, że postawiła wszystko na jedną kartę.
Minęło ponad dwa tygodnie, od kiedy dostała tamten list. Zdążyła od tego czasu całkowicie zaniedbać naukę i przyjaciół. Zdążyła odłożyć na bok całe swoje radosne życie.
W imię czego?
W imię piórka.
Muszę zrobić sobie w tym wszystkim przerwę”-pomyślała, patrząc tęsknie na tłumy uczniów turlające się w śniegu za oknami – „Choć na jakiś czas...
Podniosła się z kanapy, kładąc tom symboliki niedbale na biurku.
Wychodząc z półmroku pokoju życzeń poczuła, jak wiele traci, oddając się bezgranicznie poszukiwaniom.
Słońce odbijające się na śniegu było jej praktycznie obce – z samego rana zamykała się w świecie książek, by wyjść dopiero nocą, kiedy za jedyne źródło światła starczał jej księżyc z firanką gwiazd.
Chciała pójść na błonia, ulepić bałwana. Chciała biegać po szkole i śmiać się do wszystkich, cała mokra od śniegu. Chciała, ale nie mogła.
Tęsknota za dawnym, denerwującym Jamesem dawała się we znaki. Świat bez niego wydawał się nudny. Całkiem tak, jakby nic już nie mogło jej zaskoczyć.
Wróciła ze spuszczoną głową do dormitorium, powłócząc smętnie nogami.
Teraz wszelka materia miała kolor popiołu.
Gdy doszła na miejsce opadła bezwładnie na łóżko, prawie natychmiast zasypiając.
Obudziła się kilka godzin później – pełna życia i chęci do działania.
- Nareszcie wstałaś – podniosła wzrok, uśmiechając się na widok Michaela.
- Długo czekasz?
- Piętnaście minut – mrugnął do niej porozumiewawczo.
Było jasne, że siedział tu już dużo dłużej. Nie miała ochoty pytać, jakim cudem wszedł do dormitorium dziewczyn. Liczyło się jedynie, że był.
Śledziła wzrokiem jak podchodzi i siada obok niej.
Jak zwykle pięknie pachniał. Wyciągnął dłoń, jakby chcąc pogładzić ją po włosach, lecz w ostatniej chwili sięgnął w stronę piersi i chwycił bursztynowe serduszko zwisające swobodnie zdobiąc jej dekolt.
- Śpisz w nim? – zapytał dla żartu, podrzucając wisiorek na dłoni.
- Czemu by nie? – uśmiechnęli się porozumiewawczo, by po chwili spuścić wzrok z rumieńcem oblewającym poliki.
- Weź to – zawiązał jej na oczach opaskę i podał dłoń, pomagając wstać – Zabiorę cię do nieba.

*

Dochodziła dwudziesta, gdy Syriusz wracając z kolacji po raz drugi w życiu poczuł jak serce rozkosznie opada mu w okolice żołądka i trzepocze w przyspieszonym tempie.
Widział już gdzieś te blond włosy, których właścicielka mignęła mu przed oczami wybiegając na zaśnieżone błonia.
Ruszył przed siebie, nie spuszczając wzroku z dziewczyny. Śledził, jak siada przy murach zamku, zanurzając cały swój ciemny płaszcz w śniegowym puchu.
Dopiero, gdy był już krok od niej usłyszał, że płacze.
Cichy szloch wydobywał się dyskretnie z sinych z zimna, drżących ust.
Syriusz poczuł jak ciężar całego świata upada mu na ramiona, jak wszelki ból, cierpienie całej ludzkości niknie zgaszone ogniem jej łez.
- Nie płacz – powiedział, kucając obok niej. Uśmiechnął się pod nosem, gdy nieśmiało podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Wiedział, że jest mu wdzięczna, że ta płacząca, opuszczona cząstka niej tak bardzo pragnie czyjegoś ciepła.
- Sy... Syriusz ? – wyszeptała, ocierając rękawem łzę.
Dopiero teraz dotarło do niego, z kim tak naprawdę rozmawia. O kim nieustannie myśli od blisko miesiąca, dla kogo marznie po kolana w śniegu. Kogo kocha.
- Emelina? – znał ją. Była jak trzecioplanowa postać w filmie akcji klasy B.
Była, ale nigdy nie znaczyła nic więcej. Ani dla niego, ani dla całej reszty świata. Przyjaźniła się z Lily, ale Syriusz nigdy nawet z nią nie porozmawiał.
Wiedział, że teraz już na zawsze przestanie istnieć dla niego tylko jako postać z opowiadań. Wiedział, bo jedyne czego chciał to siedzieć tu i marznąć. Patrzeć jak błyszczą jej oczy, jak palce niezgrabnie strzępią rękaw szkolnej szaty.
Zwykłe kilka minut, zdawałoby się, że nie wyjątkowe pod żadnym względem było dla niego spełnieniem marzeń.
- Dziękuję, że przyszedłeś – wzięła jego rękę między swoje dłonie.
Syriusz nie należał do osób, które zastanawiają się dłużej nad konsekwencjami postępowania. Robił to, co w danym momencie uważał za słuszne, nie potrafił patrzeć w przyszłość, wiecznie przekonany, że horyzont leży za daleko.
Żył, by być wolnym, by móc sądzić to, co (wbrew pozorom) wielkie i gorące serce podpowiadało mu w konkretnej chwili. Teraz chciał tylko dać jej namiastkę tego, co byłby w stanie dla niej zrobić. Chciał pokazać, że nie jest mu obojętna, że nie przyszedł tu z nudów czy przez przypadek.
Chciał, by zaczęła odwzajemniać to uczucie.
- Co się stało? – zapytał, głaszcząc kciukiem trzymaną dłoń dziewczyny. Spojrzała na niego zaskoczona czułością i troską, jaką niespodziewanie zaczął ją otaczać.
- Ja... mój... chłopak. On... on... ja... my... – zaczęła się jąkać, szukając niepewnie wsparcia w jego wzroku – On... był trochę... zbyt agresywny.
- Bił cię?! – Syriusz zerwał się zaskoczony zawiłością historii tej, zdawałoby się, prostej dziewczyny. Co za idiota zdobyłby się na ten podły gest względem osoby tak pięknej i niewinnej?
- Zostawmy to za sobą. Już jest dobrze. Nic się nie stało... – zawahała się – Nie muszę tu siedzieć i płakać sama, a to w tej chwili chyba najważniejsze.
Syriusz wciąż bez słowa pomógł Emelinie wstać i pragnąc choć odrobinę rozluźnić atmosferę zabrał ją na krótki spacer.
Idąc wciąż myślał o tym, co przeszła trzymająca go pod rękę dziewczyna. Dopiero teraz dostrzegł zsiniałe, zdarte ze skóry miejsce, skryte zgrabnie pod burzą loków.
To pewnie przez tego idiotę...”- pomyślał. Mimo wszystko jednak z każdą chwilą kochał ją coraz bardziej. Czuł, że im więcej zagadek ją otacza, im bardziej skomplikowane, czy nawet trudne jest jej życie tym bardziej pragnie jej pomóc.
Nigdy nie starał się walczyć z podłym, krążącym po szkole stereotypem mówiącym, iż jest twardym, bezwzględnym i zabójczo przystojnym Casanovą. Zarówno on, jak i James świetnie bawili się widząc w oczach innych własne odbicia przedstawiające ich jako ludzi wspaniałych, wielkich i niepokonanych.
Idealnych
Najbliżsi jednak wiedzieli doskonale, do jakich poświęceń jest gotów, jak wiele jest w stanie oddać, by pomóc tym, na których mu zależy.
- Czemu za mną przyszedłeś? – zapytała Emelina, przerywając niezręczną ciszę – Przecież nawet za bardzo mnie nie znałeś...
- No i tego właśnie bardzo żałuję. Teraz na szczęście mam to już za sobą, nigdy więcej nie będziesz mi obojętna. Widząc jak płaczesz poczułem, że jeśli Cię nie pocieszę to wyrzuty sumienia nigdy nie dadzą mi spokoju.
- Wyrzuty sumienia?
- Tak, wyrzuty sumienia, że przegapiłem taką okazję by wreszcie zagadać do dziewczyny idealnej.
Emelina zarumieniła się, podziwiając szczerość, z jaką Syriusz potrafił opowiadać o swoich uczuciach.
Nie czuła się godna rozmawiania z kimś takim jak on, a co dopiero bycia nazywaną ‘dziewczyną idealną’.
Zatopiona w marzeniach przylgnęła mocniej do ręki, pod którą mogła go trzymać, jakby chciała przedłużyć ten moment w nieskończoność, jakby każda cząstka jego wypalała na jej skórze piętno miłości, znacząc tę chwilę tak piękną, radosną, tak nieskończenie wspaniałą.
Wyobrażała sobie, że idzie z nim, jako jego wybranka, że wszystkie marzenia nareszcie się spełniają. Teraz, gdy do jej uszu dobiegały tęskne westchnienia zazdrosnych dziewczyn, marzyła, że kiedyś na ich oczach będzie mogła go pocałować. Że dotknie dłońmi tych dołeczków w policzkach, poczuje zapach skóry, której każdy dotyk przyprawiał ją o rozkoszne dreszcze na plecach.
Chciała mieć go całego na własność, dla siebie, chciała przylgnąć do niego całym ciałem. Zatracała się w niepoprawnym pragnieniu, wiedząc jednocześnie, że ona nie jest dla niego zapewne nawet w połowie tak wspaniała, tak niesamowita. Czuła tą woń seksu, woń marzeń, niecierpliwości, podniecenia...
Zatrzymali się.
Och, jak wiele by dała, żeby umieć czytać mu w myślach. Żeby wiedzieć jak niewiele różnią się od siebie ich pragnienia, żeby uzyskać tą błogą pewność, że to wszystko, czym go darzy, te fantazje, które z każdą sekundą na nowo ożywają w jej głowie są odwzajemnione.
Syriusz spojrzał jej głęboko w oczy. Nie wyczuł dzikiej żądzy, jaka rosła w dziewczynie, nie dostrzegł jak drżą jej ręce, starające powstrzymać się od przyciągnięcia go bliżej siebie
Nie, nie był arogancki, nie ignorował szczegółów. Oczy zaćmione miał jednak własną miłością.
To dziwne, że dwoje ludzi, znając się tak krótko potrafi darzyć się miłością, jakiej w co drugim wieloletnim związku nigdy nie będzie wystarczająco wiele.
Uczucie niepewne, stworzone na szybko w parze młodych, niedoświadczonych serc, lecz więcej warte niż niejedna małżeńska przysięga. Moment, który zbliża ku sobie parę oddalonych od siebie osób jest momentem wspaniałym i jak najrzadszy skarb powinni doceniać go wszyscy, którzy kiedykolwiek mieli okazję go doświadczyć. Bo w miłości nie liczy się długość, lecz jakość, a ta miłość, która rodzi się w pierwszym wejrzeniu jest najpotężniejsza i najwięcej warta.
- Nie chcę żebyś uznał mnie za idiotkę, ale... dziękuję Ci. Za wszystko, za spacer, za...
- Nie, to ja dziękuję – Emelina spojrzała na niego, czując jak jej serce łomocze coraz donośniej.
- Ty? Za co?
- Za to, kochana, że pozwoliłaś mi spędzić tą godzinę z kimś równie wspaniałym jak Ty...
Kochana! Nazwał mnie kochaną!
Jej policzki i tak zaróżowione z zimna przybrały teraz barwę dojrzałego szkarłatu. Coś podpowiadało jej, że powinna w końcu oddać się pragnieniom i pocałować go, póki jeszcze nie zmienił zdania. Syriusz jednak, pierwszy zdecydował się zrobić krok w przód. Zbliżył swoje usta do jej, chcąc złożyć na nich pocałunek, który od dawna śnił mu się nocami. Już czuł na sobie jej oddech – niecierpliwy i gorący, gdy nagle dostrzegł w jej oczach niepokój i zwalony nieznaną mu siłą upadł na ziemię, brudząc śnieg cieknącą z głowy krwią.

*

- Gdzie mnie prowadzisz, do cholery?! – szepnęła Lily, starając się dostrzec cokolwiek przez kawałek bawełnianej szmatki zakrywającej jej oczy.
W odpowiedzi dostała jedynie stłumiony śmiech.
- Ehh... mogłam się tego po tobie spodziewać - odparowała zdegustowana.
Otarła rękawem płatki śniegu z twarzy i westchnęła przeciągle. Było jej zimno i mokro. Buty już dawno zdążyły przemoknąć, nie mówiąc nawet o cienkim tweedowym płaszczyku, którym mroźny wiatr telepał we wszystkie możliwe strony.
Nie miała pojęcia ile już tak idą - godzinę? Dwie? Wiedziała tylko, że musieli wyglądać jak idioci spacerując po praktycznie pustych błoniach w środku zimowej nocy i to jeszcze podczas takiej zamieci.
- Dalej nie idę! - krzyknęła, stając w miejscu.
Chłopak spojrzał na nią czule, uśmiechając się pod nosem.
- Nie musisz, jesteśmy na miejscu.
Ściągnęła zniecierpliwiona opaskę z oczu.
Wokół rozpościerał się plac. Wydzielony okrągły fragment ziemi z szarej ogrodowej kostki otoczony zaśnieżonymi krzewami i latarniami niemrawo rozświetlającymi całokształt.
Po środku stała fontanna pełna zamrożonej wody. Wyglądała jakby rzeźbiący ją artysta przed zabraniem się do pracy wypił o kilka karmelowych piw za dużo.
Miała kształt wielkiego serca nadłupanego po brzegach i wyraźnie sfatygowanego wieloletnim staniem w miejscu. Na szczycie wyryto dwa amorki o twarzach przypominających bardziej lalki z jakiegoś dobrego horroru niż urocze bożki miłości. Całość sprawiała wrażenie strasznej, lecz tchniętej nutką romantyzmu.
- Gdzie jesteśmy? – zapytała, patrząc z niepokojem na Michaela.
- Na Placu Bożego Narodzenia.
Lily rzuciła przyjacielowi krzywe spojrzenie, po czym zaczęła niespokojnie rozglądać się po okolicy. Szukała choć jednego elementu, który kojarzyłby się ze wspomnianymi świętami.
Nic.
Nic poza śniegiem.
Michael dostrzegł zdziwienie wymalowane na twarzy Lily i prawie natychmiast przystąpił do wyjaśnień.
- Widzisz... – zawiesił głos, jakby dobierając w myśli odpowiednie słowa – Dokładnie 100 lat temu, 24 grudnia stało się tu coś dziwnego i strasznego zarazem, ale... pozwól, że zacznę od początku. Był rok 1872, gdy pewna para szlachetnych czarodziejów, powiedzmy sobie – w średnim wieku – postanowiła pierwszy raz w życiu zmienić miejsce zamieszkania. Nakazali zburzyć swój pałacyk w Londynie i przenieśli się do Hogsmeade. Czuli się o wiele swobodniej w miasteczku pełnym czarodziei, niż w mugolskim mieście, gdzie za sąsiadów przyszło im przez wiele lat mieć pysznych i zarozumiałych dziwaków.
Rozpoczęli całkiem nowe życie w niewielkim dworku z bujnym ogrodem, który przez okrągły rok tchnął życiem i przyciągał nieustannie pełne podziwu spojrzenia przechodniów.
Mimo, że los nie skąpił im dóbr, wciąż żyli w niepewności i strachu przed następnym dniem. Ich miłość, choć gorąca i namiętna, od zawsze była zakazana. Zakazana, przeklęta i mająca przynieść obojgu rychłą śmierć.
Marie, bo tak było na imię kobiecie, wywodziła się z domu pełnego ograniczeń, warunków i zakazów. Każdy jej krok, każda myśl podlegała tam dokładnym oględzinom, zanim swobodnie ujrzała światło dzienne. Rodzice nigdy nie szanowali jej zdania. Istniała, żeby szerzyć szlachetny ród Jonesów i rozpowszechniać ich sławę oraz dobrą opinię. Nikt z zewnątrz nigdy nie miał okazji przekonać się, jak owa wspaniała, znana na całym świecie rodzina traktuje się nawzajem, jak rodzi się tam szantaż za szantażem, jak wszystko podporządkowane musi być ścisłym planom. Planom na przyszłość dla najbliższych dziesięciu pokoleń.
Marie, jedyna wśród swego licznego rodzeństwa, miała kiedyś zniszczyć je wszystkie i nadać nowy obrót sprawom, które nie zmieniały się od setek lat.
Pewnego letniego dnia w pobliskim parku urządzony został piknik. Rodzice Marie, jak to zwykle w opowieściach o miłości bywa, poznali młodego dziedzica fortuny – Dawida – za którego to zamierzali ją wydać. Przez blisko rok szykowali wystawne wesele, pisali zaproszenia, ściągali z najdalszych zakątków państwa kucharzy światowej sławy. Wszystko miało być zapięte na ostatni guzik.
Dziewczyna, czując, że przysięga, jaką zmuszona będzie złożyć, zadecyduje o całej jej przyszłości i raz na zawsze zniszczy marzenia o miłości ekscytującej, prawdziwej i wiecznej tuż przed dniem ślubu uciekła.
Widząc to jej ojciec wraz z Dawidem przysięgli całemu światu zemstę na niewdzięcznicy, która zniszczyła imię szlachetnego rodu i wystawiła zakochanego w niej dziedzica.
Marie przerażona biegła ile sił w nogach, wiedząc, że rodzina nigdy nie wybaczy jej tego, co zrobiła.
Chowała się w sianie na powozach konnych i zatrzymywała u ludzi o dobrym sercu, którzy słysząc jej smutną historię dawali jej na dzień lub dwa dach nad głową.
W ten sposób, po blisko roku żałosnej tułaczki poznała Teodora. Był stosunkowo zamożnym, wrażliwym człowiekiem, w którym natychmiast ujrzała mężczyznę swojego życia.
Para zakochanych po kilku miesiącach wybudowała własny pałacyk na obrzeżach Londynu.
Mieszkali tam spokojnie przez prawie 4 lata, aż do chwili, gdy jeden z wysłanników rodu Jonesów odszukał ich i doniósł rodzicom Marie o miejscu pobytu ich córki.
W Hogsmeade byli bezpieczni, a przynajmniej tak im się wydawało.
Teodor, chcąc dać narzeczonej dowód swej szczerej jak złoto miłości postanowił wybudować dla niej plac, na którym mogliby wziąć cichy, potajemny ślub. Co dzień wieczór wychodził w tajemnicy, by rzeźbić fontannę i układać kostkę. Zasadził krzewy, postawił latarnie.
W 1877 jego prace dobiegły końca. W październiku tego roku Marie pierwszy raz ujrzała plac i prawie od razu uznała, że 24 grudnia świetnie nada się na datę ich ślubu.
Narzeczeni spędzali ostatnie dwa miesiące przed zawarciem związku małżeńskiego na przystrajaniu latarni i strzyżeniu krzewów. Nazwali owo miejsce Placem Bożego Narodzenia.
W końcu nastał dzień, który miał dla nich obojga być tym najszczęśliwszym na świecie. Wigilia.
Jedni mówią, że zamiast księdza na uroczystość przybył szpieg, inni – że płatny morderca, tak czy siak, gdy Marie wraz z matką Teodora (jedyną osobą zaproszoną na uroczystość) przybyły na miejsce znalazły ciało pana młodego nakłute na kamienną strzałę amora w fontannie.
Widok był podobno piorunujący.
Przerażone kobiety przez dłuższą chwilę nie wiedziały, co ze sobą zrobić, po chwili jednak postanowiły się rozdzielić. Niedoszła żona została przy Teodorze, a matka pobiegła po pomoc.
Gdy wróciła z grupką sąsiadów Plac Bożego Narodzenia był pusty, jedynie woda w fontannie miała kolor ciemnej czerwieni a dwie grube strugi krwi ciągnęły się w stronę lasu.
Trop urywał się przy jednym z drzew.
Dalej nie było już nic.
Ich ciał nigdy nie odnaleziono.
- Smutne – westchnęła Lily, odnosząc wrażenie, że czuje się w tym miejscu coraz bardziej nieswojo.
Usiadła na brzegu kamiennej fontanny skrobiąc palcem po wypełniającym ją lodzie.
Zdało jej się przez chwilę, że ma kolor czerwieni.
- Czy ja wiem czy smutne... – Michael spojrzał na nią, jakby czytał jej w myślach – Bardziej dziwne. No i z całą pewnością zaprzecza faktowi, jakoby miłość przezwyciężała wszystko.
- Czemu tak sądzisz? – Lily podniosła wzrok, zawieszając go na niknących w ciemności drzewach – Nigdy nie znaleziono ich zwłok. Może Marie uciekła wraz z ciałem męża, by go godnie pochować.
- A skąd dwa ślady krwi? Daj spokój, Lily, nie wszystkie historie mają szczęśliwe zakończenie. Podobno zabili ją ludzie na polecenie ojca. Fascynujące...
Lily spojrzała krzywo na Michaela, jakby widząc w nim psychopatę. Co jak co, ale trudno było nazwać historię Placu Bożego Narodzenia fascynującą. Była straszna, albo wręcz nawet chora.
- Chodźmy już – powiedziała, czując, że to miejsce wywiera na ich oboje dziwny wpływ.
- Czekaj – Michael złapał ją za rękę – Chcę tylko, żebyś wiedziała... Zawsze możesz mnie tu znaleźć. Proszę, uznajmy to miejsce za nasze. To takie romantyczne...
Romantyczne?! Przecież tu, do jasnej cholery, zginęła tragicznie para ludzi! Ten plac jest jakiś przeklęty!” Lily przyjrzała się przyjacielowi, dostrzegając w jego oczach marzenie o miejscu pełnym wspomnień, o stworzeniu własnej, małej, miłosnej historii.
- Dobrze – odpowiedziała, składając na jego ustach długi i namiętny pocałunek.
Nie zrodzony z uczucia, lecz ze strachu. Chciała odejść.
To miejsce ją przerażało.

*

- Syriusz? Syriusz! – cichy szept powoli napływał do jego uszu, rozkosznie wypełniając umysł. Rozchylił powieki.
Emelina...” – uśmiechnął się.
- Syriusz! – dziewczyna bez chwili namysłu rzuciła mu się na szyję, składając ciepły, pełen oczekiwania pocałunek na policzku. Łapa chłonął ten moment całym sobą. Wąchał jej delikatne perfumy niczym najpiękniejszy zapach świata.
Nigdy w życiu nic tak nie napawało go dumą, jak ta radość, którą dostrzegł w jej oczach i którą usłyszał, gdy wykrzyknęła jego imię. Radość, że jest, że żyje...
- Co się stało? – zapytał, gdy usiadła z powrotem na brzegu łóżka. Dziewczyna spuściła wzrok, jakby bojąc się lub wstydząc tego, o czym za chwilę będzie musiała mu opowiedzieć. Nerwowo przygryzła wargę.
- Pamiętasz, jak mówiłam ci o moim byłym chłopaku? – przytaknął, nadal nie rozumiejąc, do czego zmierza – Wiesz, on jest agresywny i strasznie łatwo się denerwuje, tak więc, gdy zobaczył, że chcesz mnie pocałować strasznie się wkurzył i...
- Pokaż mi, który to a przysięgam ci – zabiję gnojka!
Syriusz ciężko dysząc zerwał się z łóżka, lecz porażający ból głowy zwalił go z nóg. Nabrał do płuc tak wiele powietrza, ile tylko były w stanie pomieścić i zaczął nerwowo szarpać prześcieradło.
- Póki co to poleżysz tu jeszcze trochę, nieźle dostałeś. Kiedy wyjdziesz nie powinno go już być w szkole. Rozmawiałam z dyrektorem.
- Nie będę siedział bezczynnie!
- Owszem będziesz.
Zapadła niezręczna cisza przerywana jedynie odgłosem nerwowo obgryzanych paznokci.
- Ja... – zaczęli jednocześnie. Zawstydzony uśmiech wpełzł na policzki Emeliny po raz kolejny różowiąc je do granic możliwości.
- Syriusz...
- Moglibyśmy przejść na "kochanie”?
Łapa nigdy, ale to nigdy nie tracił okazji na spełnienie marzeń. Jak mógł to pytał i już. Bez zbędnych ceregieli, wstępów, wprowadzeń, owijania w bawełnę. Wiedział, że jak chce się dobrze żyć trzeba brać wszystko we własne ręce.
Przez pierwsze pięć minut dziewczyna siedziała w bezruchu patrząc tępo przed siebie i tocząc w myślach walkę ze sobą samą.
Czy ja dziś w ogóle wstałam z łóżka?
Uśmiechnęła się.
- Och, oczywiście, że tak! – Przycisnęła do siebie ukochanego i wybuchła radosnym, perlistym śmiechem. Śmiechem osoby strudzonej, która nareszcie odnalazła bezpieczną przystań.
Bezpieczną, kochającą przystań...
- Naprawdę chcesz mnie za swoją dziewczynę...? – zapytała po chwili, by po raz ostatni upewnić się, że nie śpi, że nie zbudzi się z płaczem.
- Jeśli tylko wolno mi cię kochać.
Do oczu napłynęły jej łzy radości, ale nim zdążyły spłynąć po policzkach Syriusz przysunął ją do siebie i odcisnął na jej ustach pierwszy, piękny i gorący pocałunek.

*

Lily oderwała usta patrząc z przerażeniem na Michaela.
Zmusiła się na uśmiech.
- Czy to...
- Nie bierz tego zbytnio do siebie – powstrzymała go przed wybuchem dzikiej radości.
Gdy wracali do zamku, starała się wychwycić i zapamiętać skomplikowaną drogę na Plac Bożego Narodzenia. Znaczyła w pamięci drzewa i doszukiwała się charakterystycznych elementów.
Będąc już w dormitorium nie mogła przestać myśleć o tym, co zrobiła, o pocałunku, którym dała przyjacielowi fałszywe nadzieje.
Bałaś się, co miałaś zrobić?!
Gdyby to tylko było takie łatwe. Wracając myślami do decyzji, które podjęliśmy wcześniej zdajemy sobie sprawę, że w gruncie rzeczy wcale nie były one takie proste, jak w danym momencie przyszło nam sądzić. Winimy się za błędy, szprycujemy wyrzutami sumienia.
Czasem to pomaga, czasem tylko pogarsza sytuację.
Przydałoby się komuś zwierzyć” – obróciła głowę. Dorcas zapewne od dobrych kilku godzin smacznie chrapała, a łóżko Emeliny było puste. Lily nie wiedziała, że przyjaciółka zasnęła w ramionach swojej nowej miłości.
Zawiesiła wzrok na rozpościerającym się za oknami zakazanym lesie. Świat zdał jej się nagle tak dziwny, tak straszny. Był dla niej jednym wielkim, zagmatwanym wrogiem. Sprawił, że stała się niewdzięczna i zdradliwa, że raniła i wciąż była raniona.
Cholera!
Drzwi dormitorium skrzypnęły niebezpiecznie. Lily spojrzała na wchodzącą Emelinę. Włosy miała potargane, oczy zaspane. Uśmiechnęła się na widok przyjaciółki.
- Muszę ci tyle opowiedzieć! – wyszeptała podniecona. Podbiegła na palcach i usiadłszy na łóżku rozpoczęła namiętną historię przypadkowej miłości, jaka miała okazję jej się przytrafić. Opisywała każdy uśmiech, każdy gest, zapach, słowo. Pierwszy raz od dawna była naprawdę szczęśliwa. Rozpromieniona i radosna, że los nie pożałował jej tego dnia pozytywnych przeżyć.
Gdy zamilkła Lily uśmiechnęła się porozumiewawczo i zaczęła swoją dziwną, przerażającą opowieść. Emelina słuchała uważnie o Michaelu, o Placu Bożego Narodzenia i o wszystkim, co dziś przyszło jej przeżyć.
Na koniec wybuchła perlistym śmiechem.
- Nie nabieraj mnie!
Lily posłała jej krzywe spojrzenie, jakby domagając się tłumaczenia. Ta nadal nie przestając się śmiać wyjaśniła
- Gdy nie było Cię w pokoju pożyczyłam tą książkę, więc mnie nie oszukuj. Przepraszam, że nie zapytałam, ale to nie zmienia faktu, że...
- Jaką książkę? O czym ty mówisz?
Dziewczyna, widząc, iż jej zielonooka przyjaciółka naprawdę nie ma pojęcia o co chodzi zamilkła. Nastała chwila ciszy i napięcia, zdająca się trwać nieskończenie długo. W końcu Emelina patrząc tępo na Lily wydusiła z siebie powoli
- No... tę o Marie i Teodorze...


*ciasteczka (pyszne, naprawdę :] )
Tak, wiem, Kochani, że długo, ale mam nadzieję, że Was nie zanudziłam ;] :*
komentarze [90]

"Nienawiść, Panno Evans, nie jest dobra."
wtorek, 13 listopada 2007 19:50:50

Dziękuję za te blisko 100 komentarzy i przepraszam, że tak długo kazałam wam czekać na piątą część. Brak czasu, wykorzystywanie każdej chwili na oglądanie wszystkich 3 serii najwspanialszego „Prison Break” oraz wzdychanie do Wentwortha muszą mi wystarczyć jako jedyne usprawiedliwienia :] . Jednak w ramach drobnej rekompensaty – dłużej niż poprzednio. Dla Dziewczynek, za słodki zachwyt i mobilizację, oraz mojej cudownej . Za listy, wsparcie i wszystko, za co tylko mogę być jej wdzięczna :*
PS. Objaśnienia do fragmentów oznaczonych gwiazdkami znajdziecie na końcu



Ciemne, jeszcze przed chwilą gwieździste niebo teraz zwisało smętnie nad terenami zamku, spowite grubą warstwą chmur. Trudno było dostrzec żarzącą się kulę księżyca, usilnie próbującą przebić się przez gęstą mgłę.
Oczy – tak słabe w nocnych godzinach – błądziły ślepo od drzewa do drzewa, rozpoznając jedynie kilka smętnych odcieni szarości.
Wszystko wskazywało na kiepską porę na wieczorny spacer, jednak James nie potrafił znaleźć lepszego sposobu na ukojenie nerwów.
Stawiając powoli stopy w gąszczu cicho szeleszczących traw czuł na sobie namolne spojrzenia liści i gałęzi otaczających go drzew, a na karku łaskotał go oddech tego miejsca, jakby nocą ktoś tchnął w nie życie.
Był świetnym dowodem na to, że złość przeważa nad strachem. Nie interesowały go niebezpieczeństwa, a podejrzane odgłosy nie docierały do jego uszu, ulatniając się jakby już przy źródle hałasu. Będąc na granicy płaczu zacisnął pięści i skierował się z powrotem do Hogwartu.
Niewiedzieć czemu dopiero znajomy trzask nienaoliwionych dębowych drzwi podniósł go na duchu, dodając wiary w siebie i lepsze jutro.
Korytarze jeszcze nigdy nie były tak puste, z niczym niezmąconą ciszą mknącą na palcach od drzwi do drzwi. Kroki, choć najcichsze z możliwych, tak namolnie hałasowały. W Pokoju Wspólnym towarzyszył im jedynie ciepły trzask drwa dogasającego w kominku.
James doskonale wiedział, że nie zaśnie, że przeleży całą noc targany bezsilną złością, rozmyślając nad tym, co powinien teraz zrobić.
Lily też przewracała się z boku na bok, towarzysząc podświadomie Potterowi w bezsennym przemierzaniu nocy. Zastanawiała się, gdzie podziało się pudełko pełne aromatycznych ciasteczek, skąd to cudowne zwierze wzięło się na błoniach i... do kogo było tak podobne.
Każda z odpowiedzi zdawała się siedzieć skryta głęboko w najdalszych zakamarkach świadomości, zbyt daleko jednak by po nie sięgnąć.
Oboje czuli ciepło ich dotyków, złączonych tak rozkosznie nocą na błoniach, jednak tylko jedno z nich naprawdę wiedziało, do czego doszło i przez kogo nie mogli teraz zmrużyć oka.


*

Kochana Mamo!
Tyle przeróżnych radości mnie tu otacza, że aż trudno mi samej je wszystkie zliczyć! Noce spędzam z przyjaciółmi przy kremowym piwie, na lekcjach jak zwykle radzę sobie świetnie, a w czasie przerw spaceruję po błoniach.
Czasem myślę, że nie mogło być lepiej.
Jednak największym szczęściem, Mamo, jest poznawanie nowych ludzi. Przyjaźnie kwitnące jak pąki róż w ogródku i miłości, wschodzące powoli, jak poranne słońce.
To prawda, co mówią, że początki są trudne, lecz to taki rozkoszny trud!
Wiem, że Cię cieszy, Kochana, moja wielka radość, lecz serce zapewne kraje Ci się poranione własnym bólem. Jak Tata, Petunia, jak Twoje zdrowie?
Dużo łez wylałaś przez te trzy miesiące? Tęsknię tu za Tobą bardzo, pamiętaj i zawszę odpiszę na Twój list, jeśli tylko takowy dostanę.* Jesteś mi najdroższa, Mamusiu, i na zawsze najdroższa pozostaniesz. Mam nadzieję, że radzisz sobie jakoś z tym wszystkim, co masz teraz na głowie.

Wiesz, Mamo, poznałam chłopaka. Nazywa się Michael.
W całym moim życiu nie spotkałam nikogo, kogo oczy tak uroczo pobłyskiwałyby w księżycowym świetle.
Swoją prostą, naiwną miłością wypełniłby dla mnie wszystkie srebrne wazy świata i aż łzy mi się do oczu pchają, gdy pomyślę, że ode mnie nie dostałby całkowicie nic.
Związki są straszne, tak samo jak pozbawione odpowiedzialności uczucie.
Być może James miał rację, wykrzykując mi w twarz, że boję się miłości, ale przyznaj sama – Tata też pałał kiedyś, zdawałoby się, że niegasnącym, ogniem uczuć i obietnic, którym dopiero po latach przyszło zyskać miano niespełnionych i fałszywych.
Wszyscy mężczyźni są tacy sami, a ja nie muszę przecież wbrew sobie walczyć z moim niezdarnym uprzedzeniem.
Kończę, bo męczy mnie już to wylewanie trosk na papier. Poczekam teraz cierpliwie na odpowiedź od Ciebie.
Bardzo tęsknie i mocno Cię kocham.
Twoja oddana
Lilyanne

Podkrążone oczy śledziły kapiący na pergamin atrament, licząc w podświadomości niemożliwie wielką liczbę najrozmaitszych plan i kleksów. Powieki męcząco ciążyły po nieprzespanej nocy, starając się nie zamglić cicho szurającego pióra.
Lily chciałaby zawrzeć w liście wszystko, co ją dręczy, zadać te tysiące pytań, na które sama nie zna odpowiedzi, ale zabrakłoby pergaminu, atramentu i sił w jej wątłym, domagającym się snu dziewczęcym ciele.
Zaniosła więc kopertę do sowiarni, postanawiając, że wszystko, co dalej będzie ją dręczyć przekaże mamie następnym razem
Poranek był śliczny i nadwyraz ciepły, biorąc pod uwagę fakt, że zbliżała się połowa listopada. Słońce nagrzewało brunatną ziemię, po której leniwie przesuwał liście słabiutki wiatr. Zdawał się być tak delikatny, że wystarczyłoby dmuchnąć, aby uciekł z zamkowych błoni. Ścisnęła mocniej w dłoniach kubek kawy, które Emelina przyniosła jej ze wspólnego śniadania i spojrzała na szron topniejący powoli z późnojesiennych traw.
"Zima idzie..." – pomyślała, choć doskonale wiedziała, że na pierwszy śnieg przyjdzie jej jeszcze trochę poczekać.
Długo stała oparta o parapet, rozmyślając, aż nagle dostrzegła lecącą w jej kierunku starą płomykówkę. Spojrzała na nią zaciekawiona i wpuszczając do środka odczepiła od nóżki list.
- Lilyanne Evans, Hogwart, Sowiarnia – przeczytała.
Czyli jednak ktoś już wiedział, że tu jest.
Przez sekundę poczuła niepokój, wywołany myślą, że ktoś ją śledzi, a być może nawet w danej chwili obserwuje, jednak prawie natychmiast zapomniała o tym, zaabsorbowana trzymaną w dłoniach kopertą.
Powoli rozchyliła ją, słysząc coraz szybsze stłumione bicie serca.
Kochana Lily!
Doceń poświęcenia, z jakim wiązało się wysłanie Ci tego prezentu.
Całe dnie i noce spędzałem na rozmyślaniach, doszedłem jednak do wniosku, że z całą pewnością jesteś tego warta.
Mimo dumy i pychy, jakie zdają się z Ciebie aż emanować masz przecież niemało problemów na głowie, a to (mam nadzieję) pomoże Ci w ich rozwiązaniu.
Być może znajdziesz nową drogę w życiu.
Szczęśliwą drogę.
Pamiętaj jednak – nie ganiaj za nim, gdy zechce zmienić właściciela.
Oddany

Lily sięgnęła głębiej do koperty i poczuła pod palcami coś niezwykle delikatnego i zgrabnie uciekającego przed jej dotykiem, jakby chciało być całkiem nieuchwytne, znajdywać się poza ludzkim zasięgiem.
W końcu wydostała je na zewnątrz i jej oczom okazało się piórko.
Błyszczące w porannym słońcu wszystkimi barwami tęczy.
Zachwycało pięknem i tym, że było tak ulotne, tak słabiutkie – całkiem jak ten wiatr za oknem. Uniosło się nieznacznie w powietrze, odbite od jej oddechu, by po chwili opaść na miękką skórę jej dłoni.
Lily oniemiała z zachwytu.
Błyszczy jak benzyna w słońcu.” – pomyślała.
Ta niekoniecznie bogata w dobrze dobrane słownictwo metafora okazała się nadwyraz trafna.
Piórko odbijało wszystkie, najdrobniejsze nawet smugi światła, zwracając je ludzkim oczom ułożone w fenomenalną mozaikę z drobnych, świetlnych koralików.
Było piękne, to nie ulegało wątpliwości, ale w jaki sposób miało jej pomóc? Co zmienić w jej zawikłanym życiu? I na to pytanie ów „Oddany” postanowił odpowiedzieć, jednak na znany tylko sobie sposób. Przewiązał złotą nitką barwne pióro, doczepiając do niego niewielką karteczkę.
Lily spojrzała na nią uważnie i przeczytała pod nosem:
- DKZ 11,97,226
Mimo wszelkich starań nie potrafiła zrozumieć, co chciał jej przekazać.
Wyglądało to jedynie jak nic nieznaczący zbiór liter i liczb, a znaczył przecież tak wiele...
Starannie złożyła kartkę i wraz z piórkiem wsadziła do kieszeni.
Czuła, że rozwiązanie tej zagadki powinna postawić na pierwszym miejscu, ponad wszelkie inne zajęcia.
Miało jej przecież pomóc.
Nawet, jeśli nie umiała zrozumieć, w jaki sposób...

*

James schował głowę w dłoniach, bezskutecznie starając się rozbudzić.
Promienie słońca rozgrzewającego świat za oknami kłuły go niemiłosiernie w oczy, odgradzając ranek od wielogodzinnego nocnego wpatrywania się w mrok.
W ciągu całej nocy przespał zaledwie niewiele ponad godzinę, lecz z czystym sumieniem mógł przyznać, że była to jedna z najpiękniejszych godzin w jego życiu.
Miał w tym czasie sen.
Krótki, lecz wspaniały, realistyczny i perfekcyjnie ukazujący jak proste i niewiele znaczące było jego prawdziwe życie.
Lily chwyciła go za rękę. Oczy błyszczały jej z radości, a usta drżały delikatnie z podniecenia. Poczuł jej skórę wilgotną od rosy i kropiącego z nieba deszczu. Chciał mieć ją całą jedynie dla siebie.
Chciał zostać już na zawsze tutaj.
Zatrzymać czas, by pozostając w ukryciu wierzbowych liści patrzeć na jej uśmiech i gładzić ją po włosach.
- Nie odchodź – wyszeptał.
Uśmiech spełzł jej z twarzy. Odwróciła głowę. Nie chciała go kochać. Nie chciała czuć do niego absolutnie nic.
Oczy Jamesa zaszły łzami. Spojrzała na niego, utkwiając w nich wzrok.
Poczuła, że nie może obronić się przed gorącym uczuciem, jakim mimowolnie go darzyła.
- Chcę tylko ciebie – odpowiedziała, obejmując go i zatapiając swoje usta w jego.
Całowała go namiętnie i łapczywie, a on błądził dłońmi po jej biodrach.
Czuli na sobie wzajemne oddechy – ciężkie i gorące, powoli stające się jednością.
W głowie narastające tylko jedno dzikie pragnienie – by trwać tak jak najdłużej, by dać jak najwięcej, przelewając wszystkie uczucia na drugą osobę. Ustami, prędko, niecierpliwie...

Tak bardzo chciał jeszcze choć na chwilę zamknąć oczy, by zobaczyć ich razem.
Chciał usłyszeć radosne bicie serca, a pozostawało mu jedynie wierzyć, że sen się kiedyś spełni.
Podniósł głowę, patrząc niemrawo w oślepiająco jasną przestrzeń za oknem.
Świat zdawał się być taki wielki, gnający przed siebie. I tylko on jeden, malutki, stał w miejscu, przyciskając do piersi garstkę marzeń i czekając aż urosną.
Nagle poczuł na ramieniu szorstką, zmęczoną dłoń.
- Co jest? – Syriusz patrzył na przyjaciela z nieskrywaną troską i ciekawością.
- Miałem sen. Cudowny sen. A życie jest tak podłe, Bracie.
Brat. Nie kumpel, nie przyjaciel, nie towarzysz, ale brat. Z wyboru i na zawsze. Niektórzy mówią, że raz w życiu poznaje się osobę, dla której zrobilibyśmy wszystko i której nigdy nie wymażemy z pamięci, bez względu na to, jak nas potraktuje, czy jak długo pozostanie od nas oddalona.
Zakochać się można wiele razy, ale znaleźć kogoś, kogo sami uczynimy własnym bratem – najczęściej raz.
- Znam to uczucie – Łapa pomógł przyjacielowi wstać z parapetu – Budzisz się rano i w ciągu zaledwie kilku minut dociera do ciebie, że wszystko, co przeżyłeś było jedynie fikcją, wytworem wyobraźni. To całkiem tak, jakby...
- Odebrali ci szczęście?
- Tak, odebrali ci szczęście...
Istnieją czasem takie rozmowy, które trzeba uzupełnić czymś innym niż zlepkiem wyrazów. Niedokończone urywki zdań, czy momenty, w których łzy ograniczają słowom możliwość wydostania się na zewnątrz.
Wtedy wystarczy jedynie zamilknąć, zamknąć oczy i poszukać schronienia w ramionach drugiej osoby i zalewającej wszystko ciszy.
To właśnie te chwile łączą słabość szczerości z siłą okazywania uczuć, by pokazać światu, że po to właśnie ma się braci.
Słońce zdążyło już wysoko wzejść, zanim James otrząsnął się ze swoich ponurych rozmyślań.
Opuścił wszystkie lekcje, kolejny raz w tym roku, lecz jako totalne przeciwieństwo Lily nie przywiązywał większej wagi do nauki.
Snuł się od rana do wieczora zatłoczonymi korytarzami zamku. Pierwszy raz w życiu dostrzegł, jak wiele tracił gnając wciąż szybko do celu i nie przywiązując najmniejszej wagi do otoczenia.
Setki twarzy wyrytych gdzieś w podświadomości zdawały się stanowić jedynie szare tło dla tej jednej, promiennej. Twarzy kobiety, przez którą coraz częściej płakał, lecz bez której nigdy nie zauważyłby jak wielką potęgę może mieć jedno słowo, spojrzenie, gest...
Chciałbym być na miejscu tego całego Michaela...” – pomyślał. Niepewność na twarzy ustąpiła miejsca zawadiackiemu uśmieszkowi. „Albo... albo chciałbym, żeby Lily mnie takim widziała!
Cały melancholijny nastrój ulotnił się w mgnieniu oka.
Drzwi biblioteki o każdej porze dnia stały dla uczniów otworem. Jamesa, choć nie należał tu do częstych gości, bez większych problemów odszukał regał w podręcznikami do eliksirów.
Jeździł powoli dłonią po grubych, zakurzonych grzbietach, obłożonych troskliwie w cielęcą skórę, zapewne dobre kilkadziesiąt lat temu.
Po chwili poczuł pod palcami wygrawerowany złoty napis „Eliksiry wschodnie i wywary różnomagiczne”. Choć tyle zdołał żałośnie zapamiętać z niezwykle nudnych lekcji.
Wyciągnął ją spośród wielu innych, niemniej ciężkich i rzucił na stolik, przez co spotkał się ze słowami pogardy i zniewagi ze strony bibliotekarki. Zaabsorbowany wertowaniem stron i pochłonięty swoim podstępnym planem odłączył się od otoczenia i całkowicie stracił kontakt ze światem rzeczywistym.
Dopiero po blisko dwudziestu minutach nieustannego śledzenia ciasnych linijek drobnego tekstu, gdy przed oczami miał jedynie nazwy składników, dostrzegł na sobie namolne spojrzenie, parę oczu biegającą w lewo i prawo, starając się daremnie zapamiętać każdą bruzdę, każdą zmarszczkę i doszukać się w nich jakichkolwiek informacji o myślach i pytaniach, które w danej chwili go męczyły.
- James... – Usłyszał, podnosząc głowę.
Napotkał w końcu na twarz, której przez ten cały czas tak usilnie starał się unikać.
Zawiesił wzrok na różanych ustach, łudząco podobnych do tych, co we śnie pożądliwie błądząc po jego ciele szukały miłości, jednak oschłych i obojętnych. Zarówno wobec niego, jak i wobec wszystkich marzeń, planów, snów i myśli, w których niezmiennie grały główną rolę.
- James... – Powtórzyła, widząc, że nie reaguje. On wciąż wpatrywał się tępo w jej zielone oczy, lecz zebrał się w sobie by odpowiedzieć:
- My się znamy? – Zapytał, jeszcze zanim na dobre zdążył się zastanowić, czy naprawdę tego chce. Przez ułamek sekundy zdawało mu się, że dostrzegł w jej oku ślad łzy.
- James! – Powtórzyła rozpaczliwie, już trzeci raz podczas tej rozmowy – Nie chcę mieć w Tobie wroga – powiedziała, starając się ze wszystkich sił zebrać w sobie i opanować drżący głos.
- Osobiście... – Rogacz spojrzał na nią powoli, wstając z miejsca – To nic do ciebie nie mam.
Lily otworzyła usta, pragnąc zapytać, czemu nie zostanie, nie usiądzie z nią porozmawiać, jednak zamknęła je ze zrezygnowaniem, wiedząc, że niewiele wskóra.
Spojrzała tęsknie, jak podnosi książkę i odchodzi, nawet nie obracając się, by przekazać jej choćby najdrobniejszy uśmiech.
Gdy zamknął za sobą drzwi poczuła przenikliwe kłucie w sercu, niczym wbijanie tysiąca metalowych igiełek, które mimo usilnego wyjmowania na długo zostawiają blizny.
I znów płakała, zanim jeszcze na dobre zdała sobie z tego sprawę.
Za każdym razem, gdy był daleko układała w myślach bezlitosną przemowę, pełną wyrzutów i obwinień, segregowała wszystko to, co chciała wściekle wykrzyczeć mu w twarz, lecz gdy tylko go zobaczyła, dosłyszała cichy szmer jego oddechu, znów serce biło jej szybciej, a słowa grzęzły w gardle. Ból w jego oczach zdawał się być jej bólem, a niemrawy uśmiech podpatrzony czasem po lekcji – jej uśmiechem. Nie, tysiącem uśmiechów.
Skryła twarz w dłoniach, na próżno starając się pohamować strumienie łez. Po chwili, wciąż płacząc, wyciągnęła z torby zwój pergaminu i rozprostowała przed sobą drżącymi dłońmi.
Nie wiedziała, jak powinna odbierać to wszystko, co ostatnimi czasy miało miejsce.
Z jednej strony szczerze nienawidziła Jamesa i z każdą chwilą szukała w Michael'u okazji do zemsty, ale z drugiej... niewiedzieć czemu czuła się pusta, gdy tak perfidnie ją olewał.
Brakowało jej czegoś, czego sama do końca nie potrafiła określić.
Powoli zamoczyła pióro w atramencie i niewiele myśląc napisała:
Niewdzięczny.
Szukałeś wzroku mego, teraz go unikasz.
Niewdzięczny.
Szukałeś rozmów ze mną, dziś uszy zatykasz.
Niewdzięczny...
**
Zagięła pergamin, ocierając rękawem ostatnią, samotnie staczającą się łzę. „James” - naskrobała niezdarnie na wierzchu.
Chciała być pewna tego, co czuje, tego, czego chce. Może wiedziałaby wtedy, co robić dalej, jak się zachować. Jednak ani jednego, ani drugiego na chwilę obecną nie wiedziała.
Raz jeszcze chwyciła za pióro i niewiedzieć czemu, wydobywszy ze wspomnień urywek wrześniowej rozmowy zapisała na bibliotekowym biurku: „Bo Cię kocham, Evans...

*

James ze zrezygnowaniem opadł na łóżko. Starając się zapomnieć o tym, co zrobił i co teraz czuł kontynuował wertowanie przytarganej z biblioteki książki, lecz jak to zwykle w takich sytuacjach bywa – emocje wzięły górę. Nie mogąc się skupić rzucił niedbale podręcznik na półkę i wyszedł, kierując się w stronę Wielkiej Sali, gdzie przy stolikach zasiadała garstka uczniów korzystających z wieczornego posiłku.
James dostrzegł Remusa i Syriusza skubiących niemrawo sałatkę z kurczaka i zażarcie o czymś dyskutujących. Dosiadł się do nich, mając nadzieję, że choć to pomoże mu pozbyć się dręczących go wyrzutów sumienia.
- I jak, Remus? – Zapytał, pragnąc cofnąć się jeszcze przed ten potworny moment, w którym po raz kolejny zaprzepaścił szansę na pogodzenie się z Lily.
Nikt nie lubi oddalać się od marzeń.
- Lepiej, choć w porównaniu z innymi dniami po pełni ten jest zdecydowanie najgorszy. Nie wiem, co było w tych ciasteczkach, ale czuje się, jakby mi miała zaraz odpaść głowa – James zamierzył przyjaciół przenikliwym spojrzeniem.
- To, co wczoraj dali ci Łapa i Glizdogon należało do... Lily.
- Lily?! – Syriusz spojrzał zdumiony na Huncwotów – Nie ma dziewczyna talentu do pieczenia...
- To nie ona je zrobiła, tylko... jej nowy chłopak.
Opowiedzenie całej historii zajęło Rogaczowi sporo ponad piętnaście minut. Słowa grzęzły mu w gardle za każdym razem, gdy starał się jak najdokładniej opisać wszystkie te momenty, której wolałby wymazać z pamięci. Najtrudniejsze do opisania okazało się wieczorne spotkanie na błoniach, tym bardziej, że z drugiej strony sali panna Evans nie spuszczała z niego wzroku.
- Daj spokój, przecież ze sobą nie są! – Skwitował Syriusz, krzywiąc się – Najwyżej trzymali się za rączkę, nie bądź dziecinny!
Jamesa podane argumenty nie przekonały nawet w najmniejszym stopniu. Wciąż siedział jak nawiedzony, wpatrując się nieprzytomnie w martwy punkt i myśląc, czy spojrzenie, które dziwnie łaskocze go po karku należy do jego rudowłosej wybranki.
Remus potrząsnął nim aż nader gwałtownie, starając się przywrócić go do porządku.
- Wiesz co ci powiem, Stary? Zachowałeś się co najmniej chamsko śledząc ich przez cały czas! – Rogacz przeniósł powoli nieobecny wzrok prosto na twarz przyjaciela.
- A wiesz co ja ci powiem?! Zachowam się jeszcze bardziej chamsko! Jak wiele wiesz o eliksirze wielosokowym? – Lunatyk otworzył usta, pragnąc za wszelką cenę wywinąć się od udziału w podstępnym planie przyjaciele, gdy nagle zdał sobie sprawę, że byłoby to wobec niego nie w porządku. Westchnął ciężko.
– Wszystko. Od A do Z – odpowiedział zrezygnowany, dostrzegając kątem oka uśmiechy na twarzach Huncwotów – Powiedz mi tylko jeszcze... jakim cudem wszyscy, łącznie z panią Pomfrey zdołaliście zapomnieć wczoraj o mojej przemianie?
Przyjaciele wymienili zdumione spojrzenia.
- Skleroza? – Zasugerował Łapa kończąc temat. Wszyscy jednak doskonale wiedzieli, że nie mogą tak tego zostawić.
Podnieśli się powoli z miejsc, zamierzając jak najwcześniej przykryć zmarznięte ciało puchową kołdrą, gdy nagle Remus złapał Rogacza za ramię, szepcząc:
- Znalazłem to jakiś czas temu na twoim łóżku, więc wziąłem, uznając, że mogłoby dostać się w niepowołane ręce.
Lily siedząca po drugiej stronie sali natychmiast rozpoznała napisany przed przeszło godziną list. Obserwowała, jak James rozchyla go i śledzi kilkakrotnie wzrokiem linijki tekstu.
- Nic ważnego – odpowiedział, zgniatając kartkę i chowając pergaminową kulkę do kieszeni.
Lily poczuła uderzający ból, spowodowany zapewnie chłodem i obojętnością wobec jej uczuć.
Och, James...” – pomyślała – „Co się z Tobą stało...?


* - Uznałam, iż mugole będący rodziną czarodziei bądź czarownic mają dostęp do sowiej poczty.
** - Anna Maria Jopek i Michał Żebrowski „Wspomnienie”, fragment.


komentarze [73]

"Historia cynamonowych ciasteczek"
sobota, 1 września 2007 12:49:51

Na początek chciałam bardzo podziękować za te piękne 52 komentarze. Staram się na nie na bieżąco odpowiadać i powiadamiać o nowościach. Bo nic lepiej nie motywuje do pisania niż tak miłe słowa.
Jak widać – zmieniłam szablon. Miał być całkiem inny, lecz parę rzeczy mi nie odpowiadało i tak oto powstał ten. Notkę pragnę zadedykować Autorce wspaniałego bloga juliet.
Za talent, bardzo miłe słowa oraz za to, że jest ze mną w prowadzeniu bloga od samego początku.
Mam nadzieję, że rozdział przypadnie wam do gustu. Pomysł zawdzięczam ukochanym imbirowo-cynamonowym ciasteczkom.
Znajdziecie w nim drobne wytłumaczenie, co do rodziców i siostry Lily.


To dziwne, jak wspomnienia nagle nachodzą ludzi.
Wlatują znienacka do wnętrza umysłu, by zawładnąć naszą pamięcią i ukazać na nowo to, co kiedyś wiele dla nas znaczyło. Tak całkiem z nikąd i bez większej przyczyny.
A już tym bardziej w chłodne, jesienne wieczory.
Lily wspominała jak przez mgłę ostatnie „niemagiczne” wakacje.
Tata noszący ją na rękach, wuj George, czytający po raz setny list z Hogwartu i mama – piekąca w kuchni szarlotkę.
O tak, trudno wymarzyć sobie piękniejszy zapach. Słodki, przynoszący na myśl gorące, rosnące w piekarniku ciasto, idealnie dopełniający panującą w domu atmosferę i tak rozkosznie rozgrzewający całe ciało.
Niska ruda dziewczynka, niesiona tym niesamowitym aromatem wpadła do kuchni i objęła matkę w pasie. Mocno tuląc do siebie jej poplamiony fartuch, zapytała cicho
- Mamo, czemu Petunia nie cieszy się z nami?
Oczy kobiety zwróciły się w stronę wysokiej, kościstej dziewczyny zwiniętej niezdarnie na fotelu, która zdawała się aż promieniować niechęcią do zaistniałej sytuacji.
- Nie wiem, kochanie, pewnie źle się czuje – Skłamała wymijająco, nie czując się na siłach, aby wytłumaczyć dziecku, co tak naprawdę dzieje się z jej starszą siostrą. Dostrzegła kątem oka jak Lily chwyta z kuchennego blatu kilka, tak uwielbianych przez siebie, cynamonowych ciasteczek i nie zadając więcej pytań ucieka do salonu, w objęcia uradowanego taty.
Zazdrość to straszna rzecz...” – pomyślała, powracając do wałkowania ciasta.
Bruzdy pod jej oczami zdawały się teraz jeszcze wyraźniejsze a poczciwa, czterdziestoletnia twarz wyglądała na conajmniej dziesięć lat starszą.
Gęste, rude włosy opadały związane luźno na pierś, poruszającą się rytmicznie pod szybkim, niespokojnym oddechem.
Świadomość, że już wkrótce jej dwie ukochane córki znienawidzą się z całych swych niewielkich serc zdawała się być bardziej przerażająca od wszystkich innych przeciwności losu. Gorsza była jedynie myśl, że w żaden sposób nie potrafi temu zapobiec.
Tymczasem oczy Petunii błądziły wściekle po salonie, jakby szukając odosobnionego miejsca, które nie będzie tryskało radością tak, jak reszta domu.
Prychnęła z pogardą natrafiając jedynie na balony, konfetti i barwne serpentyny pozawieszane pod sufitem.
- Nienawidzę tej marchewy! – Syknęła – Wszystko mi zabiera!
Do tej pory Petunia z radością świętowała wakacje wraz z siostrą. Nie żeby darzyła Lily jakimiś szczególnie ciepłymi uczuciami, ale pojawiała się przynajmniej okazja do zjedzenia ciasta i potańczenia przy głośnej muzyce z dzieciakami z sąsiedztwa.
Tym razem jednak nie tylko nie miała ochoty się bawić, ale najchętniej uciekłaby stąd, jak najdalej od tych wszystkich ludzi, którzy nie zwracali na nią uwagi.
O jakimkolwiek kontakcie z siostrą nie zamierzała nawet myśleć. Bo to ona powinna zostać dostać się do Hogwartu, nie ta głupia, ruda Lily!
Przez najbliższe dwa lat nic się nie zmieniało.
Ani jej stosunek do siostry, ani tym bardziej zachwyt rodziców nad młodą, utalentowaną czarownicą.
Dopiero, gdy po ukończeniu trzeciej klasy Lily wróciła do domu zastała ojca pijanego.
Z czasem uwierzył we wszystkie brednie, które opowiadała o niej Petunia.
Zmienił się.
A ona mogła mieć jedynie nadzieję, że nie na zawsze.
- Lily, jest dziesięć po ósmej, idziesz ze mną na kolację? – Pytanie Emeliny wyrwało ją z zamyślenia. Potrząsnęła gwałtownie głową i zaprzeczyła ruchem ręki
- Nie, przepraszam, Em, nie mogę. Umówiłam się.
- Umówiłaś się? Żartujesz! W końcu przekonałaś się do Jamesa?
- Musiałabym być idiotką – mruknęła, wlepiając wzrok w podłogę – Nigdy w życiu. To długa historia. Idź już lepiej coś zjeść. Pogadamy później – rzuciła, wstając i kierując się szybkim marszem w stronę łazienki.
Wiedziała, że nie powinna tak zbywać przyjaciółki, ale była zbyt zmęczona, aby na nowo roztrząsać popołudniowe wydarzenia.
Przygotowania do spotkania nie przebiegły pod żadnym względem wyjątkowo. Wszystko zdawało się iść jak z płatka i Lily nawet nie zauważyła, jak zegar wybił godzinę dziewiątą.
Uznając, iż delikatne spóźnienie idealnie zaakcentuje w jej wejściu dystans do nowopoznanego chłopaka, szła powoli i dostojnie, wcale się nie śpiesząc.
Ku własnemu zdziwieniu nie czuła zdenerwowania, nawet, gdy dostrzegła już Michaela czekającego na szczycie wierzy.
Czyżby to znaczyło, że ów przystojniak wywiera na niej mniejsze wrażenie niż znienawidzony Potter?
Nie, to niemożliwe...
- Cześć – powiedziała opanowanym głosem, pokonując ostatni schodek. Zawahała się przez chwilę, jednak pocałowała go w policzek na przywitanie.
Gdy zbliżyła twarz, aby to uczynić poczuła przez chwilę słodki, znajomy zapach.
Ciepły i bezpieczny...
- Hej, Lily. Przyniosłem ci coś – odparł z uśmiechem, wręczając jej przewiązane wstążką, czerwone pudełko. Zapach nasilił się gwałtownie.
To pachniało całkiem jak...
- Cynamonowe ciasteczka! – wykrzyknęła, podnosząc wieko. Nawet nie zamierzała kryć wzruszenia, jakie ogarnęło ją na widok misternie powycinanych ciasteczkowych serduszek.
- Tak, sam piekłem. Mam nadzieję, że lubisz.
- Uwielbiam! – powiedziała, wdychając głęboko ukochany zapach – Moja mama robiła takie same!
Ich roześmiane spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy, a Lily uświadomiła sobie nagle, że podarowanie ciasteczek jeszcze o niczym nie świadczy. Nawet, jeśli stanowią one jeden z niewielu jej słabych punktów.
Doskonale zdawała sobie sprawę, że trudno będzie oprzeć się komuś, kto już na wstępie oczarował ją czymś, co tak kochała, czymś, co przywodziło na myśl błogie czasy dzieciństwa. Bezproblemowe, zimowe wieczory przed kominkiem z kubkiem kakao w ręku.
Zaproponowała spacer, by dotlenić swój z lekka zszokowany umysł.
Zaszli jeszcze tylko do pokoju wspólnego Gryfonów, gdzie rzuciła pudełko na stolik i skierowali się do drzwi frontowych.
Wychodzenie na błonia przed dziesiątą nie było zabronione, choć księżyc oświetlał już wyraźnie granatowe niebo.
- Dziś pełnia – Michael spojrzał na nią dotkliwie i pomimo ciemności, jaka ich otaczała, Lily poczuła na sobie jego wzrok. Nie był natrętny, lecz ciepły i delikatny, poszukujący w mroku zarysu jej twarzy.
Był idealny.
- Nie sądzisz, że pełnia to romantyczne zjawisko? – zapytała po chwili, odwzajemniając nieśmiało tajemnicze spojrzenie.
Wyobraziła sobie, że stojący obok Michael rumieni się pod wpływem usłyszanego pytania.
Może rzeczywiście się rumienił?
Może pomyślał, że coś sugeruje?
A może... faktycznie sugerowała?
Chłopak jednak nie czuł zmieszania. Uśmiechnął się jedynie pod nosem, dostrzegając błysk oka Lily w świetle księżyca.
- Nawet bardzo... – odpowiedział powoli, zastanawiając się, która cząstka stojącej obok dziewczyny tak go do niej ciągnie. Dlaczego ona jest taka... niesamowita? Co w sobie ma?
Ruda jednak nie mogła pozbyć się myśli, że dopiecze Potterowi. I choć Michael był niewątpliwie przystojny i wart zainteresowania, dla niej wciąż pozostawał jedynie konkurentem Jamesa.
Choćby niewiem jak chciała myśleć inaczej.
Nastała chwila ciszy. Tym razem nie niezręczna, ale przepełniona ciekawością, rozkosznym milczeniem i spokojnym oczekiwaniem, aż któreś z nich postanowi kontynuować dyskusję towarzyszącą temu niezwykłemu spacerowi.
Rola ta najwyraźniej przypadła Michaelowi, który wpatrzony w jarzącą się tarczę księżyca odchrząknął znacząco.
- Mam jeszcze coś dla ciebie – powiedział czule, jakby znali się od conajmniej kilku lat – Tak na dobry początek – dodał, widząc zmieszanie w oczach Lily.
Wciąż niezrażony stanął za nią i opuścił na dekolt złoty łańcuszek z bursztynowym sercem.
Odgarnął delikatnie jej rude włosy na ramię i zamknął zapięcie.
- Śliczne... – westchnęła, obracając w dłoni wisiorek, który teraz połyskiwał wesoło w świetle gwiazd – Jednak jestem zdania, że to już drobna przesada. Spotykamy się dopiero pierwszy raz, a ty już obsypujesz mnie prezentami. Obawiam się, że nie mogę tego przyjąć – dodała, zamierzając zerwać łańcuszek z szyi, lecz chłopak okazał się szybszy. Złapał ją za dłoń i zaprzeczył spokojnie.
- Ależ owszem, możesz. To tylko taki drobny prezent. Kiedyś Ci powiem skąd go mam... – spojrzał jej głęboko w oczy i uśmiechnął się ciepło.
Zdawał się doskonale wiedzieć, co Lily myśli, co chce usłyszeć. Może faktycznie wiedział?
- Chodź, wracajmy już. Robi się zimno i późno – zaproponował.
Poczuła jak chłopak łapie ją za rękę i prowadzi w stronę zamku. Dziwne mrowienie przeszło po jej ciele i nagle ogarnęło ją błogie ciepło – tak znaczące podczas tej chłodnej nocy.
Nie miała pojęcia, jak daleko chce się posunąć.
Nienawiść do Pottera zdawała się przysłaniać wszelkie uczucia.
Właśnie... Zdawała się.
Spojrzała na ich złączone dłonie i zaplotła palce mocniej, uśmiechając się pod nosem.
Dochodzili już do wejścia, gdy Lily, naciskając na klamkę, usłyszała za plecami szelest i trzask łamanych gałęzi.
Odwróciła się gwałtownie, wypuszczając dłoń Michaela.
Rozglądając się po błoniach dostrzegła nagle, naprzeciw księżyca, jelenia o ciemnokremowej sierści, pobłyskującej wesoło w świetle gwiazd przy każdym, nawet najmniejszym, ruchu.
Kopyta miał zabłocone i zdarte, jakby strudzone ciężkim galopem po kamiennym terenie. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę. Ciekawe i uradowane ze spotkania.
- Nie uciekaj... – szepnęła, wyciągając rękę przed siebie.
Jeleń nie miał jednak nawet zamiaru się oddalać. Odnosił wrażenie, że z każdym jej krokiem serce bije mu coraz prędzej, a oddech grzęźnie w piersi i z trudem wypływa.
Gdy poczuł, jak dłoń Lily opiera się delikatnie na jego głowie, zamknął oczy, zapisując w myśli na zawsze ten moment.
Jego dusza radowała się, chłonąc każdy jej dotyk, lecz serce, jak za uderzeniem kowadła, pękało z bólu.
Przylgnął do niej, chcąc pozbyć się udręki, lecz ta wciąż kazała mu myśleć, że Lily nie ma pojęcia, kto przed nią stoi. Nie przytula Jamesa, lecz zwierze, które urzekło ją urokiem i odwagą.
Wciąż męczyła go świadomość, że ona nie wie, kogo obejmuje, kogo głaszcze, czyją duszę raduje dotykiem.
Prawdziwego Jamesa Pottera przecież prędzej by uderzyła, niż przyciągnęła do siebie, pozwalając przylegać spokojnie do jej piersi.
Ból stawał się powoli coraz silniejszy.
Łzy cisnęły mu się do oczu, lecz nie umiał płakać.
Nie w tej postaci.
Wyrwał się z tego słodkiego objęcia, tak niesamowitego i wspaniałego, mile rozlewającego ciepło po każdej, najmniejszej nawet, cząstce jego duszy.
Obrócił się jeszcze raz, skinął głową na przeprosiny i pogalopował do lasu.
Zniknął w gąszczu drzew, czując pieczenie w oczach i ciarki na całym ciele.
Lily wciąż stała zdezorientowana, tęsknie odprowadzając wzrokiem pędzące zwierze.
- Kochany... – szepnęła, widząc, jak jeleń kiwa do niej głową.
W błysku jego oka dostrzegła coś znajomego. Ogarnęło ją dziwne uczucie, że zna skądś już go zna, lecz odgoniła je, śmiejąc się z własnej głupoty.
Nie” – pomyślała – „Nie znam nikogo tak wspaniałego...
James obserwował zza drzew, jak Lily wraca do towarzysza. Liczył, zadumany, jaj kroki na kamiennych schodach, wsłuchując się w echo.
Spojrzał jeszcze tylko z bólem serca, jak jego ukochana łapie Michaela za rękę i patrząc na księżyc, pomyślał:
Kiedyś to będę ja...

*

Syriusz przechadzał się korytarzami, zbierając przy tym spojrzenia wszystkich mijanych dziewczyn.
Tęskne, rozmarzone wzdychanie dobiegało co krok do jego uszu.
Rozglądał się za jakąś uroczą uczennicą, która zwróciłaby jego uwagę. Szukał kogoś, o kim nie będzie mógł przestać myśleć, kogo pokocha, doprowadzając do załamania żeńską część szkoły.
Po zeszłorocznym rozstaniu z Sylvianne szerokie grono jego wielbicielek na nowo ożyło, spędzając pół doby przed lustrem.
On jednak, wbrew pozorom, poszukiwał kogoś dojrzalszego. Dziewczyny zrównoważonej. Delikatnej, kobiecej, a zarazem pewnej siebie i tego, co myśli.
Skręcał właśnie w stronę schodów na drugim piętrze, chcąc ze zrezygnowaniem zakończyć kolejne nieudane poszukiwania, gdy nagle usłyszał za filarem dziewczęcy głos.
Nie mówił, lecz śpiewał.
Wyjątkowo melodyjną piosenkę, do tej pory całkiem mu nieznaną.
Przystanął na chwilę, by wsłuchać się uważniej.
”O miłości, kochana, gdzie cię szukać powinnam?
Gdzie na urok twój cudny oczy uwrażliwiać?
Śledzić cię, czy może metodą inną
Usiąść cicho w fotelu i nie poszukiwać...”
Syriusz spojrzał ze zdumieniem na właścicielkę owego głosiku.
Stała bokiem, oparta ramieniem o parapet. Głowę podpierała na dłoni, oczy wpatrzone miała w ciemną, zdawać by się mogło, że pustą, przestrzeń za oknem.
Wolną ręką nawijała brzeg rękawa na palce, wciąż nie przestając śpiewać.
Zachwyt Łapy nie miał granic.
Już zamierzał podejść do dziewczyny, opleść ramieniem jej plecy, wraz z opadającymi na nie blond włosami, lecz nagle zdał sobie sprawę, co za oknem tak ją urzekło.
Dziś była pełnia.
A Remus bez żadnego z Huncwotów siedział w dormitorium.
Nie, ‘siedział’ to kiepskie określenie” – podsumował w myśli – „Teraz pewnie szamocze się na łóżku, lub już poszukuje ofiary...
Z bólem serca odłożył zagadanie do nieznajomej na bliżej nieokreślony, późniejszy termin i pognał w stronę pokoju wspólnego.
Droga do dormitorium zdawała się niebezpiecznie dłużyć.
Syriusz co chwilę przyspieszał kroku, wsłuchując się w rytmiczny stukot własnych butów i przelotne rozmowy mijanych osób.
Wpadł do pokoju wspólnego i popędził schodami na górę.
Na szczęście, Peter był już na miejscu.
Napierał całym ciężarem na drzwi od łazienki, trzęsące się niebezpiecznie, zza których dało się słyszeć warkoty, wycie i brzdęk rozwalanej ceramiki.
- Łapa, zrób coś! – krzyknął przerażony Glizdogon.
Syriusz spojrzał z ulgą na jego zdenerwowaną, czerwoną z wysiłku twarz i podsunął pod drzwi stojące z brzegu łóżko Remusa.
Hałas nadal nie ustępował, lecz Peter mógł już spokojnie odsunąć się na dugą stronę dormitorium.
- Zapomnieliście! – krzyknął z wyrzutem – Jak zwykle wszystko spada na mnie!
Łapa rzucił mu rozbawione spojrzenie.
- Jak zwykle? Daj spokój, Glizdogonie! Przecież wiesz doskonale, że z reguły z chęcią zabieramy ci nadmiar problemów, zamiast zrzucać ci je na kark, a tak poza tym... – zamilkł na chwilę, uśmiechając się pod nosem – jestem święcie przekonany, że ty również nie raczyłeś o tym pamiętać, lecz przemiana Lunatyka przerwała ci wieczorną drzemkę – Peter zmieszał się i wlepił wzrok w podłogę, przejawiając nagły zachwyt kolorem desek.
Syriusz mruknął tylko z dumą i już zamierzał wyjść, gdy nagle łóżko przestało stanowić opór dla drzwi i odsuwało się powoli na dawne miejsce.
Dwaj Huncwoci rzucili się do łazienki, powstrzymując wilkołaka przed ucieczką.
- Biegnij, szybko, przynieś coś z pokoju wspólnego! – krzyknął Syriusz popychając przyjaciela w stronę drzwi.
- Ale CO?!
- Cokolwiek! Wsadzimy mu to do pyska, zwiążemy łapy, lub zakneblujemy drzwi. Wszystko się przyda!
Peter, nie zadając już więcej pytań, zbiegł po schodach i ogarnął wzrokiem pokój Gryfonów.
W oczy rzuciło mu się jedynie oświetlone blaskiem kominka czerwone pudełko.
Niewiele myśląc pochwycił je ze stolika i zdyszany powrócił do dormitorium.
- I...? – Syriusz spojrzał na niego pytająco, resztkami sił przytrzymując drzwi od łazienki.
- Przyniosłem... – Peter uchylił wielko – E... ciasteczka...
- CIASTECZKA?! Czyś ty oszalał? – Łapa wyrwał z jego rąk pudełko, pozwalając przez przypadek wilkołakowi wychylić pysk z toalety.
Szybko nabrał garść ciasteczek i wepchnął mu do pyska.
Remus, a właściwie to, czym teraz był, śliniąc się pochłonął posiłek i ze znanego tylko sobie powodu wrócił posłusznie do łazienki.
Syriusz, korzystając z sytuacji, domknął drzwi i na nowo zastawił je łóżkiem. Hałas ucichł.
- Peter...? Czy to było... e... zatrute? – zapytał, podnosząc do góry prawą brew i gapiąc się ze zdziwieniem w obracane w dłoniach pudełko.
- Nie mam pojęcia – Glizdogon wzruszył ramionami.
Nagle drzwi od dormitorium otworzyły się i wybiegł zza nich przerażony James.
- Łapa, słuchaj! Muszę ci natychmiast opowiedzieć... – zaczął podekscytowany, lecz Syriusz uciszył go poważnym spojrzeniem.
- Nie, Rogacz. Najpierw ja muszę ci coś powiedzieć. Zapomnieliśmy o dzisiejszej pełni i gdyby nie Peter nie wiadomo, co by się stało z Remusem – Glizdogon napuszył się dumnie, a James wyglądał jakby poczuł natychmiastową potrzebę skorzystania z toalety.
- A gdzie jest teraz? – Łapa machnął dłonią w stronę łazienki – Albo mnie wrabiasz, albo już żeście go zabili!
Potter podszedł powoli do spokojnych już drzwi. Zajrzał przez dziurkę od klucza i odskoczył po chwili, przerażony widokiem potwora siedzącego posłusznie pod ścianą.
- Jezus Maria, co wyście mu dali?!
- Ciasteczka – Łapa, emanując spokojem, rzucił przyjacielowi czerwone pudełko – Mają działanie uspokajające, ale chyba tylko na istoty pozaludzkie, bo ja też się załapałem a nie czuję spokoju...
- Jaka szkoda, już myślałem, że nie jesteś człowiekiem – syknął James z zadziornym uśmiechem na twarzy, szturchając kumpla w ramię.
Usiadł na łóżku i po kilku minutach namiętnego wpatrywania się w tekturowy sześcian otworzył go powoli.
Dostrzegł kartkę pod stosem pokruszonych, pachnących cynamonem ciasteczek.
Dla tej pięknej, nie do końca jeszcze poznanej...
Michael

Przeczytał treść liściku kilka razy, wciąż nie mogąc pojąć, dlaczego wszystko obraca się przeciw niemu.
W końcu podarł go na kawałki i wściekły cisnął za okno.
Teraz pozostawało chyba tylko galopować przez ciemny zakazany las...

komentarze [88]

"Słowa, które prowadzą do zawiści"
czwartek, 16 sierpnia 2007 18:14:59

Do czytelników: Znów dodaję kolejny rozdział. Już trzeci. Dziękuję za wszystkie komentarze.Jak widzicie – zmieniłam szablon. Tylko na jakiś czas. W przyszłym tygodniu powinien być już gotowy ten „mojej roboty”. Och no i muszę wytłumaczyć się, co do poprzedniej części. Owszem, pani Rowling wspomniała w „Kamieniu Filozoficznym”, iż rodzice byli dumni z Lily, ale ostrzegałam, że nadaję im własną historię. Będzie mi to potrzebne w dalszym ciągu opowiadania. Tak więc, pozostaję przy mojej wersji, choć (jak później się przekonacie) nie jest ona całkiem sprzeczna z tą stworzoną przez J.K.Rowling.Drugi rozdział spotkał się z dość dużym uznaniem z Waszej strony i bardzo za to dziękuje.Co do trzeciego, to nie jestem szczególnie zadowolona, aczkolwiek będzie miał spory wpływ na następne. No i mam nadzieję, że wam się spodoba.Jest z przeprosinami dla Yoasi i Ann za moje małe załamanie nerwowe (oraz jego powód)
No i dedykuję ją Rudziastej mojej ;]. Ot tak, za całokształt! :*


Mimo nadziei uczniów z każdym dniem robiło się coraz zimniej.
Pod koniec października wszystkie liście opadły już z drzew.
Nastrój Lily nieco poprawił się w ciągu tych kilku tygodni, jednak wciąż nie mogła pogodzić się z myślą, że Potter powiedział coś inteligentnego.
Może wreszcie dojrzewa...?” – Zastanowiła się, lecz natychmiast pozbyła się tych „okropnych” myśli, stwierdzając, że są nieczyste i obrażają wszystkich innych dojrzewających chłopców o nazwisku Potter. Zakładając, że w ogóle tacy istnieją.
Och nie, to by było straszne!” – Skrzywiła się.
Coraz częściej przyłapywała się na tym, że przesadza. Jej rzekoma nienawiść do Jamesa zaczynała nabierać charakteru komediowego.
Skwitowała to krótkim „Och, to źle...!” i wyszła z dormitorium, kierując się do Wielkiej Sali. Źle spała tej nocy.Baldachim nad jej łóżkiem wciąż niebezpiecznie przypominał twarz Pottera.
Jedząc śniadanie nadal nie umiała znaleźć ciekawszego tematu do rozmyślań.
Nie rozmawiała z Jamesem od czasu tamtej, zadziwiająco romantycznej, wymiany zdań. Ona pochłonięta nauką, on – coraz to nowymi rozbojami i popisami.
Mijali się kilka razy na korytarzu.
Rzucając jedynie krótkie „Hej, Potter” przechodziła obok niego wściekła. Wściekła na siebie, że mimo nienawiści, jaką go darzyła, przy każdym z tych spotkań mimowolnie przygryzała wargę.
Za każdym razem maskowała to morderczym spojrzeniem, lecz nawet ono nie było w stanie przysłonić Jamesowi rumieńców i zmieszania Lily. Ślepo wpatrzony w nią od tylu lat znał każdy gest na pamięć. Niełatwo było go oszukać.
Dostrzegł też, że zdarza jej się zamaszyście targać bujne, rude włosy podobnie do niego. Napawało go to dumą i podnosiło na duchu.


Lily biegła właśnie w stronę lochów. Do eliksirów zostało pięć minut, a ona zamierzała porozmawiać jeszcze z profesorem Slughornem. Musiała wywinąć się jakoś z pierwszego w tym roku spotkania Klubu Ślimaka.
Nagle spostrzegła, że ktoś wybiega zza kolumny i nie patrząc przed siebie wpada na nią z impetem. Nie zdążyła pomyśleć, że spóźni się na eliksiry, a już leżała na ziemi.
Podniosła z posadzki obolałą głowę i powoli otworzyła oczy.
Zobaczyła jedynie twarz pochylonego nad nią Jamesa i spadające mu na czoło kosmyki czarnych włosów. Zdawać by się mogło, że to nic nie znaczący moment. Kolejny wypadek przy pracy zabieganego Pottera. Jednak dla Lily był on niesamowicie długi i denerwujący. Złość, jaka w niej kipiała zdawała się tryskać na kilometr. A najbardziej denerwował ją wyraz twarzy Jamesa. Jak zwykle beztroski i pełen pewności siebie.
- Żyjesz, Evans?- Lily spiorunowała go wzrokiem. Podniosła się niezdarnie, rezygnując z pomocy w postaci wyciągniętej dłoni.
- Odnoszę wrażenie, że tak, ale mogę się mylić – burknęła.
- Och... To dobrze – James wydawał się jednocześnie zmieszany, jak i rozbawiony tą całą sytuacją. Lily już miała odwzajemnić mu ten zawadiacki uśmiech, zwany przez nią „wyszczerzem bożonarodzeniowego gnoma”, gdy nagle zdała sobie sprawę, co tu robi.
Odepchnęła go od siebie gniewnym gestem i żywo gestykulując krzyknęła:
- Dobrze?! DOBRZE?! Wleciałeś na mnie, mało mnie nie zabijając i jeszcze bezczelnie stwierdzasz, że to całkiem nieźle, że jeszcze żyję, TAK?!
- Lily, ja wcale... – nie dane mu było dokończyć.
- Nie, Potter! Nie obchodzi mnie to! Mógłbyś, choć raz, patrzeć jak łazisz? Czy może zamierzasz pozostać idiotą do końca życia?! – James zmierzył ją uważnym spojrzeniem, w którym dało się dostrzec ból zadany tymi słowami.
A Lily przez ułamek sekundy poczuła się podle.
- Nie jestem idiotą... – Wycedził przez zęby.
- Kiedyś ci udowodnię, jak bardzo się mylisz! A póki co, Gryffindor traci przez ciebie dziesięć punktów! – Mówiąc to odwróciła się i już zamierzała odejść, gdy nagle poczuła jak Potter łapie ją za nadgarstek.
Spodziewała się przeprosin, błagań, lub jakichkolwiek innych oznak słabości. Teraz nawet mógłby paść na kolana i wybuchnąć płaczem na środku korytarza, a i tak nie zrobiłoby to na niej wrażenia.
Jednak James stał spokojnie, patrząc na nią chłodno.
- Kiedy ty przestaniesz wreszcie traktować mnie jak robala? – Zapytał z kamiennym wyrazem twarzy.
- Jak przestaniesz się zachowywać jak robal! – Odparowała.
- Słucham?
- To słuchaj uważniej! To TY nie dajesz mi żyć i to TY ciągle łazisz za mną, pytając czy „umówię się z tobą”! Więc nie zadawaj głupich pytań tylko w końcu daj mi spokój! – Patrzyli na siebie wściekli, zaciskając w pięściach kawałki szkolnych szat, dla ukojenia nerwów. Jednak obydwoje woleliby teraz uśmiechnąć się pogodnie, lub choćby najzwyczajniej w świecie odejść.
- Ja cię męczę, tak? Och, to ciekawe! Przynajmniej NIE BOJĘ SIĘ MIŁOŚCI! – Wykrzyczał Lily w twarz oddychając przy tym ciężko i powoli. Dziewczyna już miała odpowiedzieć, że wcale nie boi się miłości, lecz zanim zdążyła otworzyć usta on był już na schodach i tupiąc wściekle kierował się do dormitorium.
Kipiała w nim złość.
Jak ona śmiała mieć do niego pretensje?
Wciąż go nie docenia.
Nie umiał pojąć, czemu ona nie potrafi po prostu go pokochać. Tak jak on kochał ją...


Lily zapłakana wbiegła do toalety.
- Potter to idiota! POTTER TO IDIOTA! – Krzyczała, dławiąc się łzami.
Walnęła pięścią w ścianę, chcąc dać upust swoim zszarganym nerwom.
Nie wiedząc dlaczego, czuła, że to nie James był winny. To ona nazwała go idiotą i robalem,. A on... on tylko powiedział prawdę.
Lily poczuła, że serce mocniej jej się ściska. Nie dość, że na oczach połowy szkoły bezpodstawnie się na nim wyżyła, to jeszcze doskonale wiedziała, że faktycznie boi się miłości.
Podziękowała sobie w duchu, że nie zdążyła podczas kłótni temu zaprzeczyć. Wtedy James zapewne powiedziałby coś jeszcze gorszego.
Coś jeszcze bardziej prawdziwego.
Zastanowiła się, czy kiedykolwiek zdoła mu wytłumaczyć dlaczego. Czy poczuje się na siłach, aby opowiedzieć o rodzinie?
Wciąż myślała, czemu nie pokochała Jamesa od razu? Wtedy, gdy ojciec był jeszcze z niej dumny. Gdy chlubił się nią i chwalił, że jest czarownicą. Wtedy jeszcze nie bała się, że inni mogą być tacy jak on...
Oparła się o ścianę i zsunęła na ziemie. Zimno kafelków przenikało aż do jej wnętrza. Dawało jej to choć odrobinę ulgi w gorącu łez i krzyku. W sumie możnaby powiedzieć, że bezpodstawnego.
Przecież to on mnie kocha! To on powinien się załamać, nie ja!” – pomyślała, oddychając głęboko – „Pójdę do tego idioty” – dodała, zadzierając nos.
Wiedziała już, że nie pojawi się dziś ani na eliksirach, ani na żadnej innej lekcji. Nie miała na to siły i ochoty.
Wstała powoli, ocierając łzy i zdejmując spod powiek grubą warstwę rozmazanego tuszu do rzęs. Wyszła niepewnie na korytarz. Nie miała zamiaru wysłuchiwać komentarzy i uwag pod swoim adresem. Nie teraz.
Na zewnątrz, ku jej wielkiej uldze, spotkała jedynie Rose Coverette całującą się pod ścianą z jakimś szóstoklasistą. „Ta to ma łatwo w życiu” – pomyślała Lily, kierując się w stronę Pokoju Wspólnego. Faktycznie, Rose było czego pozazdrościć. Bogaci rodzice, świetne stosunki rodzinne, spore grono przyjaciółek, jeszcze większe – fanów. No i ta boska figura...
Słysząc własne serce, bijące naprzemian z tupotem lakierków, poczuła, że jest okropnie zdenerwowana. Kropelka potu spłynęła jej po czole.
To tylko Potter!” – pomyślała, wściekła, lecz i to niestety niewiele dało.
Przed oczami wciąż latały jej ciemne punkciki.
Nienawidziła przyznawać komuś racji. Tym bardziej, jeżeli tym „kimś” miał być James.
Wyjąkała hasło i powoli weszła przez dziurę pod portretem.
Zauważyła go wpatrzonego w ogień, przygasający już powoli w kominku. Obserwowała jak podchodzi i podrzuca kilka drewienek.
Nie od razu zdał sobie sprawę, że ktoś na niego patrzy.
Był zbyt pochłonięty rozmyślaniami, aby cokolwiek dostrzec.
Zastanawiał się, dlaczego Lily tak bardzo go nienawidzi. Starał się pojąc, czemu nie śmieszą ją jego żarty, dlaczego żadna z rzeczy, nad którymi tak bardzo się starał, nigdy nie robiła na niej wrażenia.
Nie wiedział, że po ich poprzedniej rozmowie dziewczyna rozmyślała o nim całymi dniami. Bo niby skąd, skoro nawet nie chciała na niego patrzeć?
- James... – odwrócił się gwałtownie, zaskoczony, że nie jest sam. Widok Lily bardzo go zdziwił. Nawijając niezdarnie długie rude włosy na palce, wydukała – Przepraszam...
James zastanowił się.
Musiał wybrać między sercem, a rozumem.
Z jednej strony jego honor i urażona duma kazały nie przyjmować przeprosin i wyrzucić ją z pokoju, ale z drugiej ... to przecież była LILY!
- Słucham? – Zapytał, chcąc przedłużyć sobie czas namysłu.
- Przyszłam przeprosić...
- Ale za co? – Nie żałował sobie ironii. Spojrzał na wściekłą i zdezorientowaną dziewczynę.
- Za obciach i chamstwo na środku korytarza – odpowiedziała, mimo iż wyraźnie dostrzegła przesłanie zadanego pytania – Wybaczysz, Potter?
James nadal nie wiedział, co powinien zrobić. Postanowił odłożyć miłość na bok. Owszem – powróci do niej, ale póki co uświadomi Lily, że powinna lepiej go traktować.
- Nie wiem, Evans. Chyba nie. Po prostu dam ci spokój. W końcu sama tego chciałaś... – Nigdy w życiu nie sądził, że wypowiedzenie tych kilku, z pozoru prostych słów będzie aż tak bolesne. Nie tylko dla niego, ale i dla niej.
Lily patrzyła na niego przeszklonymi oczami. Nie kryła zaskoczenia – spodziewała się przecież stanowczego „oczywiście”.
Do tej pory fakt, że James jest w niej zakochany dawał jej przewagę i pewność, że co nie zrobi – jej przeprosiny i tak zostaną przyjęte.
Teraz wszystko wyglądało inaczej.
Plan się nie powiódł...
- Nie, Potter, nie do końca to miałam...
- Ty mi przerwałaś, więc nie chcę być gorszy – James wciąż pozostawał śmiertelnie poważny. W kącikach ust nie było śladu po zawadiackim uśmieszku, a jego oczy nie zdawały się już tak wesoło błyszczeć. I pomyśleć, że to wszystko przez taką błahostkę. Przez jeden wypadek, którym możnaby przecież nie zawracać sobie głów. Podnieść książki i pójść dalej.
Ale nie.
Trzeba było zrobić z tego kłótnię. Awanturę kosztującą ich tyle nerwów, rozmyślań, łez.
Z takiej błahostki... – Nie wiem, co miałaś na myśli. Być może nie potrafię odnaleźć głębszego sensu twojej wypowiedzi, lecz dla mnie była ona jednoznaczna - mam dać ci spokój i raz na zawsze pogodzić się z myślą, że moje największe marzenie nigdy się nie spełni.
Lily jeszcze raz rzuciła przepraszające spojrzenie i wyszła, nie umiejąc powiedzieć mu prosto w oczy, że wcale jej na tym nie zależy.
Idąc korytarzem czuła nie tylko wyrzuty sumienia, ale i okropny, przytłaczający smutek. Jednak najbardziej męczył ją fakt, że wszystkie te łzy wypłakuje przez Pottera. Przez tego znienawidzonego i niedojrzałego idiotę.
Snując najróżniejsze rozmyślania na temat tego denerwującego i jakże prymitywnego problemu nie zauważyła nawet jak na kogoś wpadła.
Ocknęła się dopiero słysząc huk rozsypywanych książek i jej własny głos starający się go przekrzyczeć, prostym, lecz jak wiele znaczącym „przepraszam”.
Spojrzała z przerażeniem na blondyna podnoszącego z ziemi jej podręczniki.
Dlaczego na nią nie krzyknie? Dlaczego nie powie wściekłym tonem, żeby uważała jak chodzi? Lily pierwszy raz w życiu z całego serca pragnęła, by ktoś zachował się względem niej dokładnie tak, jak ona zachowała się w stosunku do Pottera.
Szukała w oczach blondyna choćby cienia złości, na ustach – wywołanego zdenerwowaniem drżenia, lecz nic takiego się nie stało. Jeszcze bardziej dotarło do niej, jak beznadziejnie się zachowała. Wybuchła płaczem.
Chłopak zmieszał się, sądząc najwyraźniej, iż stał się przyczyną jej łez. Powoli podał jej torbę z książkami.
- Nic się nie stało, naprawdę – powiedział spokojnie, starając się jakoś pocieszyć dziewczynę.
Lily drżącą ręką odebrała podręczniki.
- Nie-e-e... Nie-e o t-to cho-o-dzi-i... – wyjąkała. Zdała sobie sprawę, że zachowuje się jak totalna idiotka, ale nie mogła teraz nic na to poradzić. Nie interesowało ją to, nie potrafiła się powstrzymać.
Chłopak popatrzył na nią z troską. I choć oglądanie dziewczęcych łez należało już do jego codziennego rozkładu zajęć, Lily wywołała u niego mieszane uczucia.
Gdy stała tak i płakała miało się ochotę rzucić wszystko, by przestała. By na jej drżących ustach zagościł choć cień uśmiechu.
Z każdą kolejną łzą ból w sercu chłopaka wzmagał się, aż w końcu stał się nie do zniesienia.
Podszedł i najczulej jak potrafił przytulił ją do siebie.
Był to tak troskliwy i pełen miłości uścisk. Lily nagle poczuła, że jest jej lżej, a wszystkie problemy odsuwają się na tyle daleko, by choć na chwilę o nich zapomnieć.
Wciąż widoczne, utkwione w pamięci, lecz zbyt dalekie i przyćmione ulgą i ciepłem uścisku, by się nimi zamartwiać.
Nie wiedzieli jak długo stali. Wdychając ostrożnie zapach perfum, potu i obcego, lecz zarazem tak bliskiego jej ciała, Lily nie chciała odejść. Nie chciała wydostawać się z tego uścisku. W końcu jednak chłopak podzieliwszy się z nią uśmiechem, zdjął powoli dłonie z jej bioder i odsunął się o kilka centymetrów. Spojrzał jej głęboko w oczy, jakby dostrzegając to, czego dostrzec się nie da. Jakby czytając w myślach, dostrzegł ulgę i radość.
- Michael Grey – wyciągnął dłoń.
- Lily Evans – spojrzała na niego z uwagą. Miał w sobie coś, co ciągnęło ją do niego. Coś, czego nie umiała określić.
Był całkiem przystojny. Z Syriuszem Blackiem równać się nie mógł, ale trzeba przyznać, że nie był wiele od niego gorszy.
Wielkie, szare oczy tak idealnie kontrastujące z blond włosami. Lily zdało się, że widziała już go kiedyś. „ Och... pewnie tylko mijaliśmy się na korytarzu...
W sumie spełniał jej wymagania. A gdyby tak...
- Skąd jesteś?
- Ravenclaw, szósta klasa – Lily przeczesała włosy palcami i poprawiła szatę na piersi, co przykuło wzrok chłopaka.
- Sowiarnia, o dziewiątej wieczorem – rzuciła, puszczając się biegiem przez korytarz.


James czuł, że przesadził. Doprowadzenie ukochanej dziewczyny do płaczu nie wróżyło nic dobrego. A tym bardziej, jeżeli tą dziewczyną była Lily.
Obserwował ze zdenerwowaniem jak wybiega z pokoju wspólnego, przerywając ich (nieudaną i tak) dyskusję.
Nie wytrzymał.
Pobiegł za nią.
Słyszał tupot jej bucików uderzających o marmurową posadzkę.
Wciąż w myślach powtarzał formułkę przeprosin.
Potem był tylko huk i płacz. Jej płacz. I męski głos...
Schował się za filarem, obserwując sytuację. To, co zobaczył wstrząsnęło nim doszczętnie. Zacisnął pięści i przygryzł wargi, powstrzymując się od krzyku.
- Michael... – syknął – zabiję cię, idioto...
komentarze [51]

"Różne barwy miłości"
poniedziałek, 6 sierpnia 2007 19:30:12

Do czytelników: Nareszcie mogę dodać drugi (sporo dłuższy od pierwszego) rozdział, z którego jestem całkiem zadowolona, choć do ideału oczywiście niemało mu brakuje. Ostrzegam tylko, że przyjęłam, iż pani Rowling nie wspomniała nic o rodzicach Lily. Nadałam więc im własną historię. Dedykuję ten rozdział mojej kochanej Yo :* i najwspanialszej Mary :*

Czasem zdarzają się w życiu takie chwile, kiedy nagle zdajemy sobie sprawę z tego, że nic nie trwa wiecznie. Potrafimy godzinami smucić z oczywistych powodów, bez względu na to jak bardzo są odległe. Od ukochanej książki (którą kiedyś skończymy czytać) po rodzinę (która przecież w końcu umrze).
Lily siedziała na parapecie z kolanami podciągniętymi pod brodę. Wiedziała, że zamartwianie się niewiele da, jednak nie potrafiła myśleć teraz o niczym wesołym.
Nagle dotknęła ją myśl, że jeszcze tylko trzy lata i opuści Hogwart, a przecież to jej drugi (o ile nie jedyny prawdziwy) dom.
Uważnie obserwowała wschodzące za oknem słońce. Lubiła patrzeć jak świat po wielu godzinach skrywania się w mroku wynurza się powoli w stronę światła. Obserwowała z uwagą rabatki kwiatów wznoszących się w górę i prostujących ociężale różnokolorowe płatki.
Zapach rosy zdawał się wpływać do jej nozdrzy przez uchylone okno, a szelest liści głaskanych porannym wiatrem działał na nią jak najpiękniejsza muzyka.
Najbardziej jednak kochała jezioro. Patrzyła z uwagą na każdą smugę, każdy refleks na tej idealnej tafli. Liczyła promienie słońca uderzające w wodę i oświetlające prawie całe jej dno.
Powieki ciążyły jej coraz bardziej, lecz Lily, wbrew nim, budziła się razem ze światem za oknem. Nie chciała przespać tak cudownego widoku.
- Co mam zrobić za trzy lata? – zapytała, widząc w szybie odbicie stojącej za nią przyjaciółki.
- A co robiłaś do tej pory ? – Lily zamyśliła się, wspominając wakacje. Każde były takie same. Mignął jej przed oczami widok ojca. Krzyczał na nią. Jego słowa odbijały się echem w jej głowie razem z hałasem tłuczonych talerzy i trzaskaniem drzwi.
„ – Za kogo ty się masz?! Psujesz mi rodzinę! ŻADNE CZARY NIE ISTNIEJĄ!...”
Łza zakręciła jej się w oku, lecz natychmiast zniknęła pod nagłym przypływem złości. A może i nienawiści...? Nienawiści do siostry, która za każdym razem patrzyła na to wszystko z boku, uśmiechając się złośliwie.
Do niej zawsze Lily czuła to samo. Nie to co do ojca... On wpadał w złość tylko od czasu do czasu. Krzyczał, rozbijał naczynia, zdarzało się też, że uderzył ją, czy kopnął, gdy za dużo wypił. Jednak bez alkoholu był inny. Wciąż jej nie akceptował, lecz umiał to przemilczeć. Zacisnąć zęby i pohamować złość, pamiętając, że mimo wszystko to jego córka.
Petunia natomiast nigdy nie żałowała sobie obelg. Czasem wspierana przez ojca i jego alkohol, a czasem sama, wyśmiewała się z Lily, przytaczając bajki o księżniczkach i wiedźmach lub złośliwie nucąc pod nosem dziecięce kołysanki o „babie-jadze”.
W końcu strach przed siostrą i ojcem przerodził się w strach przed samą sobą. Skrywała w środku coraz więcej cierpień i coraz częściej płakała. Nie z powodu bólu, ale dlatego, że jej jednej w rodzinie dane było zostać czarownicą.
Cała duma i radość zniknęły, zamieniając się we wstyd i żal.
Wciąż jednak powracały, gdy co roku - pierwszego września spacerowała z matką w stronę dworca King Cross. Kochała mamę całym sercem – była jedyną osobą, której Lily bez obaw mogła się zwierzyć i która stawała w jej obronie niezależnie od sytuacji.
Dzięki niej cierpienia i troski zamieniały się w siłę i determinację.
Powtarzając w duchu, „co nie zabije to wzmocni” wsiadała do pociągu i zaczynała upragnione dziesięć miesięcy wśród przyjaciół. Bez krzyku, bólu i tłuczonego szkła.
Wiedziała, że to podłe, ale zawsze modliła się, aby to ojciec zmarł pierwszy, nie matka.
Kochała go, lecz bała się tego, do czego mogłoby dojść gdyby została z nim sama.
Nie wiedziała, co zrobi za trzy lata.
Ledwo dawała sobie radę w wakacje, zamknięta w swoim niewielkim pokoiku na strychu, wypłakując się w poduszkę i pisząc listy do przyjaciół.
Zawsze jednak pozostawała myśl, że jeszcze tylko chwila i powróci do Hogwartu, by móc znów poczuć szczęście. Nie wiedziała jak poradzi sobie bez niej.
- Nie wiem jak. Przez cały ten czas pocieszałam się na duchu, że znów tu wrócę – utkwiła w przyjaciółce nieprzytomne i zmęczone ciężkimi wspomnieniami spojrzenie.
- A wcześniej?
- Wcześniej było dobrze. Ojciec nie miał mi za złe, że „bawię się w czary” a i Petunia traktowała mnie lepiej. Do tego nie da się wrócić. Teraz jest inaczej. To zarazem dobrze i źle... – Dorcas objęła ją ramieniem. Lily poczuła jak całe jej ciało ogarnia przyjemne, przenikające ciepło. Tak długo siedziała tu jedynie w letniej pidżamie, że zapomniała już nawet jak bardzo zmarzła.
- Kochanie... – Dorcas zawiesiła głos, jakby zastanawiając się, co powiedzieć dalej – Damy radę. Coś się wymyśli.
Lily naprawdę trudno było uwierzyć, że słowa przyjaciółki są szczere.
Nie trzeba było specjalnie się wysilać, aby zauważyć, że wiara w nagłą zmianę na lepsze niewiele w tej sytuacji pomoże. „Dawanie rady” też wydawało się odległe, a przede wszystkim zbyt ogólne.
- Chciałabym... – jęknęła cicho, czując jak gorące łzy toczą jej się po policzkach, wypalając mokre, słone smugi.
Nie mogła ich powstrzymać, choć tak bardzo chciała. A przecież miała być silna...
Wspomnienia o ojcu zawsze, prędzej, czy później, doprowadzały ją do płaczu.
Zachowywała się jakby już nie żył, ale... czy to, co się z nim stało nie było gorsze od śmierci?
Kochany, troskliwy tatuś bawiący się z dziećmi, czytający im bajki na dobranoc, zmienił się w alkoholika, który nie jest w stanie zaakceptować własnej córki.
I to akurat ona była tą córką.
A on tym ojcem.
Wypłakując się w ciepłą koszulę przyjaciółki, czuła, że stanowi ona jej drugą, najwspanialszą rodzinę. Że jest jedną z najważniejszych osób w jej życiu. I była jej za to niezmiernie wdzięczna.
Słońce błyszczało już wysoko na niebie, gdy postanowiły zebrać się w sobie i zejść na śniadanie. Obudzone ich rozmową przyjaciółki wypytywały o powód płaczu, lecz Lily uparcie milczała.
Nie chciała litości i zdecydowanie nie lubiła się nad sobą użalać. Wolała być silna, bo wiedziała, że (jak mawiała jej matka) – tylko to może pomóc zmienić przyszłość na lepsze.
W Wielkiej Sali tłumy uczniów zasiadały właśnie do posiłku, czemu towarzyszył hałas, szum i jęk leniwych, porannych ziewnięć.
Ten sobotni dzień zapowiadałby się całkiem ciekawie, gdyby nie te wspomnienia i podły nastrój, który udzielił jej się dzisiaj niewiadomo skąd.
Siedząc przy stole trącała niedbale płatki łyżką i podtapiała je w mleku. Nie miała apetytu.
Po chwili wstała więc i wyszła, zostawiając Dorcas samą i piorunując wzrokiem wszystkich napotkanych uczniów, jakby chciała, aby i oni zaczęli rozmyślania nad tą gorszą stroną życia.
Może naprawdę na tym jej zależało?
Kilka minut później do Wielkiej Sali wkroczył zaspany James w towarzystwie Petera i Syriusza. Remus najwyraźniej wolał pozostać w dormitorium.
Potter utkwił przeczuwające spojrzenie w pustym miejscu Lily.
- Chwila, chłopaki, zaraz do was dojdę – powiedział cicho, niesamowicie zaskoczony widokiem Dorcas samotnie jedzącej śniadanie.
Osobiście nie przepadał za nią, ale wiedział, że jest cennym źródłem informacji.
- Hej Dorcas – powiedział, zajmując miejsce Lily. Ledwo powstrzymał się przed dodaniem „gdzie twoja przyjaciółka?”, stwierdzając, że mogłoby wydać jej się to nietaktowne.
- Cześć, James. Czemu nie siedzisz z przyjaciółmi? – rzuciła mu przez stół pytające spojrzenie.
- Byłem ciekaw, dlaczego jesz sama – odpowiedział, co po części było zgodne z prawdą. Dorcas nadal patrzyła na niego podejrzliwie, lecz uznała, że nic nie straci wyjaśniając mu, co
zaszło rano.
- Lily beznadziejnie się czuła.
- Dlaczego?
- Sama nie wiem... Każdy ma czasem zły dzień i chce trochę pobyć sam. Pewnie dobiły ją nasze poranne rozmowy i rozmyślania na temat jej rodziny. Z resztą... - skrzywiła się - Daj spokój! Nie do mnie takie pytania.
Mówiąc to odeszła od stołu zostawiając Jamesa sam na sam z własnymi myślami.
Skierowała się na błonia, gdzie miała nadzieję spotkać przyjaciółkę. Gdy tylko otworzyła drzwi uderzył ją zimny podmuch wczesnojesiennego wiatru. Nie było śladu po wczorajszym upale. Uczniowie siedzieli w ciepłych, zacisznych murach Hogwartu, chowając się przed chłodem i obserwując przez okna pierwsze spadające liście. Rozpaczali też zapewne, że lato tak szybko i nagle odeszło.
Dorcas dostrzegła Lily siedzącą po turecku przy brzegu jeziora.
Wiatr rozwiewał jej długie, rude włosy we wszystkie strony i falował szkolną szatę wokół drobnego ciała. Chłostał też bezlitośnie jej rumiane już policzki, jakby chcąc wygonić ją do zamku, przed ciepły kominek.
Usiadła obok niej bez słowa, wyobrażając sobie, że teraz wiatr bawi się także jej włosami. W końcu jednak odezwała się, nie patrząc na przyjaciółkę.
- Jak się czujesz? – obie wpatrzone były teraz w niespokojną taflę wody i wsłuchane w szelest opadających liści. Lily zamknęła oczy i oddychając głęboko odpowiedziała.
- Dużo lepiej. Tylko i wyłącznie dzięki tobie, oraz tej niesamowitej pogodzie.
Chyba nikt inny o zdrowych zmysłach nie uznałby aktualnej pogody za niesamowitą.
Jednak Lily potrafiła docenić uroki chłodnego wiatru i szaroniebieskiego nieba.
Kochała jesień i nigdy nie potrafiła zrozumieć, dlaczego akurat lato ludzie uznają za „czas miłości i przygód”.
Dorcas była jednak zbyt zaskoczona tą nagłą zmianą pogody, by móc przyznać przyjaciółce rację. Wstała więc powoli, nadal nie odrywając wzroku od fascynującej, niespokojnej tafli jeziora.
- Chodź, Kochanie. Wracamy – powiedziała, wyciągając rękę. Jednak Lily nie sięgnęła po nią i nie podniosła się z ziemi. Odpowiedź wydobyła się z jej ust powoli, wyraźnie i niezwykle stanowczo.
- Nigdzie nie idę. Lubię jeziora – jej zmęczone, zielone oczy zdawały się pulsować, wciąż wpatrzone nieprzytomnie w martwy punkt. Dorcas, czując, że niewiele zdoła zrobić schowała dłoń do kieszeni i ruszył w stronę zamku.
Wyglądała, jakby kłóciła się sama ze sobą. Z jednej strony doskonale rozumiała Lily, ale z drugiej... z drugiej strony miała dość bycia tylko szmatką do wycierania łez.
Skrzywiła się nieznacznie, zdając sobie sprawę z własnego egoizmu.
Wchodząc do Hogwartu natknęła się akurat na Jamesa dającego kolejny popis przez kulącymi się ze śmiechu uczniami. Spojrzała z dezaprobatą na cienki sznurek zaklęcie strzelający z jego różdżki, na końcu którego wisiał pod sufitem przerażony Severus Snape.
- Ciekawe, jakiego koloru DZIŚ jest bielizna „Obrzygusa”! – krzyknął, podkreślając, że zdejmuje mu spodnie nie pierwszy raz.
Dorcas przedarła się przez tłum wyjących ze śmiechu ludzi. Doskonale wiedziała, co w tej sytuacji zrobiłaby Lily i tłumiąc śmiech postanowiła ją wyręczyć.
- Potter! – krzyknęła, stając obok niego. Różdżka upadła mu na podłogę i potoczyła po kamiennej posadzce, a tuż za nią wylądował obolały i spalony ze wstydu Snape.
- Co znowu? – zapytał James przeczesując palcami czarne włosy i uśmiechając się zawadiacko.
- Nie udawaj, że nie wiesz! – zawiesiła głos – Przestań w końcu męczyć słabszych!
- Czy Lily użyczyła ci praw autorskich do czepiania się mnie? – zapytał wciąż szczerząc się niemiłosiernie.
Dorcas zrobiła urażoną minę i spojrzała na niego w wyższością.
- Nie musiała – odpowiedziała dumnie, nie rozwijając jednak myśli.
Gdy Potter zrobił się lekko zakłopotany odeszła bez słowa. Ten odprowadził ją wzrokiem do najbliższego zakrętu, po czym udał się na błonia, gdzie zamierzał spotkać Lily.
Faktycznie, przechadzała się pod jabłoniami, nucąc pod nosem jakąś niezrozumiałą z daleka piosenkę. Gdy tylko go dostrzegła przestała i krzyknęła ze złością przez ramię
- Daj mi święty spokój, Potter!
James spojrzał na nią uważnie i podszedł bliżej. Kładąc jej rękę na ramieniu odpowiedział spokojnie:
- Jakże bym mógł?! – Lily rozjuszył jego beztroski ton. Pozwalał sobie na zdecydowanie ZBYT wiele. Strząsnęła z siebie jego dłoń i odeszła kilka kroków dalej.
- Normalnie! Przestań mnie śledzić!
- Z wielką chęcią, Evans, jeżeli tylko się ze mną umówisz! – Lily prychnęła z pogardą i spojrzała jak James targa włosy.
- Nie powinieneś mnie szantażować, nie sądzisz?!
- Dlaczego nie? – Lily nie znalazła żadnej sensownej odpowiedzi na to pytanie, więc uparcie milczała – Masz, rację, nie powinienem – dodał po chwili, widząc, że dziewczyna nie zamierza się odezwać.
- Słucham...?
- Nie powinienem, bo cię kocham – sprostował.
Lily wybuchła sztucznym, ironicznym śmiechem.
- Co ty do cholery gadasz?! Potter, przecież ty nie masz fioletowego pojęcia co to miłość! – Krzyknęła.
Zapadła chwila ciszy, podczas której Lily z satysfakcją oczekiwała na reakcję Jamesa.
- Fioletowego może i nie mam... – zaczął, zbliżając się do niej – Ale mam płomienno rude, jak twoje włosy. I szmaragdowo zielone, jak twoje oczy. I ciemnogranatowe, jak niebo, w które wpatruję się co noc myśląc o tobie – wyrecytował powoli, patrząc na nią z uwagą.
Lily poczuła, że na jej policzki wstępuje rumieniec, lecz nie był on spowodowany chłodnym, jesiennym wiatrem. Nie, nie tym razem.
Pierwszy raz w życiu zarumieniła się przez Jamesa.
I pierwszy raz w życiu stwierdziła, że powiedział coś dojrzałego.
Coś naprawdę wartego jej uwagi.
komentarze [26]

"Witaj, Lily!"
sobota, 28 lipica 2007 17:26:05

Na peronie 9i3/4 tłumy uczniów pchały się do pociągu. Ścisk nie sprzyjał panującemu tu upałowi.
Część z nich siedziała już spokojnie w pociągu rozmawiając z przyjaciółmi w przedziałach.
- Doskonale wiesz, Lily, że Potter tak nagle nie da ci spokoju! To nie miałoby najmniejszego sensu! Po co miałby przez tyle lat się za tobą uganiać? Żeby teraz sobie odpuścić? No pomyśl! - Dorcas spojrzała z uczuciem na przyjaciółkę oczekując zrozumienia. Jednak Lily nie dawała za wygraną:
- Och, Dorcas, zamknij się wreszcie!
Pociąg ruszył już z peronu zostawiając Londyn daleko w tyle. Pędził teraz coraz szybciej a kolejny rok nauki w Hogwarcie zbliżał się nieubłaganie.
Lily dużo rozmyślała na ten temat, jednak zawsze dochodziła do podobnych wniosków co Dorcas.
"Och ten cały Potter!" - myślała - "Wszędzie go pełno! Puszy się okropnie i takiego niby mądrego udaje! I zapewne w tym roku też nie raczy znaleźć sobie innej 'ofiary' do miłości. Znów to mi przypadnie ta rola..."
Rozmyślania Lily nie miały końca. Dziwiło ją jednak trochę że ograniczały się tylko do jednego tematu. Do tematu Jamesa Pottera.
- Zastanawiałaś się w ogóle czego tak naprawdę chcesz?
- Spokoju! - warknęła Lily. Rozwścieczało ją niesamowicie, że wszyscy najbliżsi przyjaciele chcieli zeswatać ją z Jamesem. I to nie tylko dlatego, że (jak sądziła) był skończonym idiotą, ale po prostu wolała sama decydować o swoich związkach, na co jej nie pozwalano.
Emelina wtrąciła się do rozmowy:
- Och, Lil, naprawdę cie nie rozumiem! Trudno znaleźć w szkole lepszego chłopaka od Jamesa! - zawahała się - Jest... przecież całkiem przystojny no i nawet inteli...
- A Syriusz? - Emelina zarumieniła się i spojrzała zmieszana na Lily, jednak nie poddała się.
- To co JA czuję do SYRIUSZA to już całkiem inna sprawa! Rozmawiamy o TOBIE I JAMESIE! - powiedziała pełna dumy podniesionym głosem.
- Och tak, racja, to przecież CAŁKIEM inna sprawa - burknęła Lily z ironią.
- Dobra, dziewczyny, nie kłóćmy się - rozstrzygnęła Dorcas - Nie warto, a poza tym... - wyjrzała przez okno - wypadałoby się chyba przebrać. Widać już Hogwart.
Nie minęło 10 minut, a pociąg zatrzymał się, czemu jak zwykle towarzyszył okropny hałas i zamieszanie. Tłumy uczniów pchały się do wyjścia ciągnąc za sobą kufry i klatki.
Dziewczyny wyszły powoli, na próżne starając się nie rozdzielić. Po chwili jednak i tak Lily pozostała sama, tracąc przyjaciółki z pola widzenia.
Jakiś przestraszony pierwszoroczniak w tym całym zamieszaniu wpadł na nią i przewrócił ją prosto na drzwi od przedziału nr 4.
W tym samym momencie drzwi otworzyły się i wyszło zza nich czterech szóstoklasistów. Jeden w ostatniej chwili złapał przerażoną i zdezorientowaną Lily.
- Witaj, Lily. Jak wakacje? - Powiedział z uśmiechem nadal trzymając ją w objęciach.
Lily podniosła wzrok i natychmiast wyrwała się z jego ramion.
- Och... - burknęła - Potter... świetnie... tak, świetnie... - powiedziała wpatrując się obojętnie w uśmiechniętego, potarganego bruneta - Witaj, Syriuszu - dodała przerywając niezręczną ciszę - Hej, Remusie! Cześć... - zawachała się patrząc na Glizdogona, a raczej na jego zadek wystający z wielkiego, ciemno-granatowego kufra - ee... Peter...
Nie czekając na odpowiedź zniknęła wraz z tłumem przepychających się uczniów.
- Możesz przestać się szczerzyć - mruknął Syriusz - Poszła sobie - dodał, przechodząc obok Jamesa i kierując się do wyjścia.
Lily wybiegła z pociągu jak oparzona i od razu wskoczyła do powozu w którym czekały na nią przyjaciółki - Dorcas, piłująca paznokcie i zatopiona w "Proroku Codziennym" Emelina.
Lily warknęła z pogardą siadając obok nich, po czym, gdy powóz ruszył z urażoną miną powiedziała:
- Od pięciu minut jestem w Hogwarcie a już musiałam natknąć się na Pottera!
- Przeznaczenie - Mruknęła Emelina, nie odrywając wzroku od gazety. Lily już miała ochotę zaprzeczyć, ale pomimo wielkiej chęci nie skomentowała tekstu przyjaciółki, wiedząc że i tak stanowi mniejszość.
- Co mówił? - Zapytała Dorcas, machając różdżką a piłujący jej paznokcie pilniczek wleciał jej do torby.
- No... pytał mnie o wakacje trzymając mnie w ramionach...
- Trzymając cie w ramionach?! - Emelina przerwała czytanie "Proroka".
- No tak, bo... e... przewróciłam się i on... tak jakby... - Lily zaczęła się plątać.
- Mówiłam już coś o przeznaczeniu ? - Zapytała Emeilna powracając do lektury gazety.
- Owszem, mówiłaś... - syknęła pod nosem wściekła Lily.
Oblany słońcem Hogwart zdawał się zachęcać uczniów do powrotu do szkoły. Zmoczona jeszcze nocnym deszczem trawa błyszczała radośnie, a wiatr szumiał między liśćmi drzew, ochładzając trochę ten niezwykle upalny dzień.
Uczniowie przechodzili przez błonia w stronę głównego wejścia. Lily pomachała radośnie Hagridowi który jak co roku krzyczał:
- Pirwszoroczni do mnie! Tutaj! Pirwszoroczni!
Wielka Sala wyglądała niesamowicie. Zaczarowane sklepienie idealnie komponowało się z błękitnym, bezchmurnym, widniejącym za oknami niebem.
Dziewczyny zajęły miejsca przy stole Gryfonów, naprzeciw Alicji.
- Hej, Alicjo! - rzuciła przez stół Lily.
- Witaj, Lily! - Alicja uśmiechnęła się. Lily zrobiła krzywą minę. "Powiedziała to DOKŁADNIE tak samo jak Potter w pociągu!" - pomyślała.
Jak co roku przydzielanie pierwszoklasistów do poszczególnych klas przebiegło w ciszy i skupieniu. Jedynie Lily wydała z siebie dzikie i pełne oburzenia prychnięcie, gdy przerażony pierwszoklasista, który wpadł na nią w pociągu został przydzielony do Gryffindoru.
Podczas uroczystego obiadu Lily spostrzegła zamieszanie wśród siedzących po drugiej stronie stołu Huncwotów. Krzyczeli coś i wyrywali sobie gazetę.
- Co tam sie dzieje? - Zapytała, rzucając pogardliwe spojrzenie dumnie wypiętemu Jamesowi.
- Piszą o nim w "Proroku" - powiedziała Emelina, kładąc na stole swój egzemplarz. Lily natychmiast sięgnęła po gazetę i zaczęła czytać.
W prawym dolnym rogu strony widniał niewielki artykulik:
James Potter Nową Gwiazdą Quidditcha!
Podczas całego ubiegłego roku nasza dziennikarka pilnie obserwowała wszystkie mecze w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
Obecni przy niej łowcy talentów bez trudu dostrzegli niesamowitego szukającego drużyny Gryfonów - Jamesa Pottera!
Ten niezwykle utalentowany piątoklasista zachwycił nas nie tylko niesamowitą strategią, ale także widowiskowym wykonaniem.
Dziś powraca do szkoły jako nowy kapitan swojej drużyny, a my z pewnością nie przegapimy żadnego meczu!

Obok artykułu widniało niewielkie zdjęcie Jamesa na miotle, wymachującego z uśmiechem złotym zniczem.
Lily odłożyła gazetę i mruknęła pod nosem
- Och ten Potter...

komentarze [11]


*
Szablon, avatar i muzkę wykonałam ja tylko na potrzeby tego bloga.
Proszę NIE kopiować. Więcej informacji w dziale 'info'